Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Becher. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Becher. Pokaż wszystkie posty

CMENTARZ ŻYDOWSKI W WARSZAWIE

Pięćset tysięcy kamieni milczy
w nieskończoność.
Ileś razy Mendelsohn, ileś razy Cohn.
Na kolumnach wieńce wskazują na córki.
Inne głoszą po hebrajsku, że nagrodą Pan.

Jak okiem sięgnąć grób przy grobie
i setki tysięcy drzew,
korzeni, płyt nagrobnych tych,
którzy przez wiek
mieli w tym mieście swój dom.

Co grobowiec to zapadnięty.
Wynalazcy esperanta świeci mozaika gwiazd.
A tędy, ulicą przy ghetcie, chodzili oprawcy,
tu jak hycle chwytali żydowskie dzieci,
koczując tysiącami w ruinach grobów.

W czerwonej mycce zbliża się mężczyzna
imieniem Pinkusa, zaszczute,
uratowane dziecko cmentarza.
Mówi, że nie czuje nienawiści, a ci umarli
i wieczna wiara, to cały jego świat.

A płyty dzień i noc
przewracają się dziesiątkami z biegiem lat.
I nikt nie ma siły
ich podnieść.


Herbert J. Becher
przełożył Jacek Buras

Witold Warzywoda. Cmentarz Żydowski I.

OSTATNI, CI Z WYDMUCHANYMI GŁOWAMI...

Ostatni, ci z wydmuchanymi
głowami
i przezroczystymi brzuchami,
zbierać będą atomowe grzyby
w lasach zwęglonych kikutów.
Niczego już nie będą wiedzieć.
Tam, gdzie były litery, pergaminy
są podziurawione.
Promieniujące rysunki na resztkach murów
opowiadają o epoce kamiennej.
Wytłumaczyć jej nie potrafią.
Rodzące się dzieci mają wydmuchane
głowy, cofnięte o 500 000 lat.
Do sąsiada jest pięć godzin drogi.
Niektóre robaki stwarzają nadzieję.
Niektóre porosty dostarczają pożywienia.
Dopiero za 100 000 lat ktoś zapyta,
czy w wydmuchanych głowach
kiedyś coś było.

Herbert J. Becher
przełożył Jacek Buras

Salvador Dali. Oblicze wojny.

WSZYSTKO SIĘ UPUBLICZNIA...

Wszystko się upublicznia.
Protest, skandal, klozet,
rozmaite, dotąd prywatne grzeszki, większość tajemnic.
Wszystkie place, prawie wszystkie zebrania, ciała.
Niewiara, niemoralność.
Prostytucja. Wiele aktów przemocy,
na przykład mord. Decyzje przedsiębiorców.
Coraz więcej domów. Przedstawienia teatralne
i koncerty. Miłość. Wszystkie szczegóły pod bielizną.
Myśli w wykrywaczu kłamstw.
Dokąd ma uciec przerażona publiczność?
Niektóre ciała publiczne oferują uciekinierom
konfesjonały z tajemnicą spowiedzi,
a węszyciele i podglądacze otworzyli kramiki.
Tajne służby oferują swoje usługi. Prawdziwe
głowy znajdują schronienie
w tajnej dyplomacji. Tajny Sekretarz i
Tajny Radca wracają do łask.
Wszystkie akta opatruje się stemplem "tajne".
Ogłasza się kary za zdradę tajemnicy.
Atrament sympatyczny przeżywa wielki rozkwit.
Tajne związki zastępują kluby kręglarzy.
Tajemniczość znowu jest w modzie.
gdzie potajemnie się ukryje,
to tajemnica.


Herbert J. Becher
przełożył Jacek Buras

Stanisław Kamocki. Młody mężczyzna czytający gazetę.

CIĄGLE SZUKAJĄCY...

Ciągle szukający śmiertelnego wroga, ucieleśnionego zła.
Inności, niepojętości, systemu myślenia,
wymykającego się własnej logice.
Tropiący niebezpieczną wolność, unikającą
podporządkowania się wyższym wartościom. Równość
utrzymującą, że dorównuje wyższym wartościom.
Braterstwo, definiujące się samo i swą tolerancją
relatywizujące wyższe wartości
i zagrażające im.
Ciągle dążący do określenia własnej wartości
poprzez odgraniczenie.
Gotowi każdorazowy stan własny uznać
za wyższą wartość. Niezdolni do zakwestionowania go
z cudzego punktu widzenia.
Pewni wyłączności swych kompetencji w kwestii prawdy.
Nie wierzący, że można przypisać jej siłę przezwyciężającą
wszystko.
Usiłujący dodać jej siły szminką i modnymi ubiorami.
Gotowi w razie czego całkiem ją zasłonić.

Herbert J. Becher
przełożył Jacek Buras

WSZYSCY KOCHAJĄ SIĘ NAWZAJEM

Wszyscy kochają się nawzajem.
Nienawiść i zawiść są zapomniane.
Przyjaźnie otwieramy drzwi Murzynowi
i jesteśmy dumni, gdy nie odmawia.
Policjanci pracują w orkiestrach dętych.
Dawanie prezentów jest największym szczęściem.
Wiara w Boga jest powszechna.
Serca promienieją nadzieją. -
Tylko nadal żmije zjadają żaby.
Bywają susze, szarańcze i głód,
dzieci topią się w rzekach,
płoną hotele,
samoloty spadają z nieba.
Nawet jeśli bomba atomowa nie wybucha,
rak i śmierć pozostały,
chociaż wszyscy kochają się nawzajem.

Herbert J. Becher
przełożył Jacek Buras

Agnieszka Retko. Pierwsza miłość.

NIEKTÓRYM KAPANIE Z KRANU...

Niektórym kapanie z kranu
karze porzucić bierność
i zająć stanowisko.
Najpierw próbują własnoręcznie zaprowadzić
na powrót spokój we wszechświecie.
Bez rezultatu? Wówczas kładą szmatę lub
spodeczek, póki znów nie zacznie kapać głośniej.
Ale wyobrażenie spadającej kropli odbiera
im spokój i sądzą, że słyszą niezmiennie
synkopy, które zestawiają
z upływem czasu.
Pozostaje im zamknąć główny zawór,
z wiadomym skutkiem w klozecie, albo po prostu
ucieczka tam, gdzie też kapie,
ale z cudzego kranu.

Herbert J. Becher
przełożył Jacek Buras

Jerzy Treit. Lato w kropli wody.

WSZYSTKO TAK SOBIE STOI...

Wszystko tak sobie stoi. Symetrycznie.
Stół okrągły jak zegar słoneczny.
Oto zamilkłe w rozmowie dwa stoły
kiwają do siebie.
Gdy słońce wyjrzy zza węgła
sąsiada,
przesunie cień białych
słomianek w turkusowej
wazie powoli na prawo
po kancie stołu.
To będzie jedyny znak życia
przez cały dzień.
Bo miła dama
na talerzu weneckim
na komodzie nie rusza się.
Rynek koło Burgos
nad chłopską szafą
w wielkie kwiaty też raczej martwy.
Ptaki i sarny na ghomie
cieszą się, że nikt po nich
nie depcze.
I jeśli nic się nie wydarzy,
biedermeierowska kanapa
będzie jeszcze co najmniej przez sto lat
cała w różowych paskach.

Herbert J. Becher
przełożył Jacek Buras

Adam Patrzyk. Stół z taboretem.

JEMU ZAWDZIĘCZAM...

Jemu zawdzięczam,
że nie jestem dzisiejszy.
Raczej przedwczorajszy lub pojutrzejszy.
Ponadczasowy, zakochany w obrazach. W stuleciach.

Opowiadał mi, w kącie kanapy,
przy tykającym regulatorze,
gdy wieczór podobny był do wieczoru.
Nawet gdy milczał albo czytał Biblię,
to też opowiadał.

Myślałem, że zawsze mi się zachowa.
Gdy wróciłem,
nie było go.

Ale zachował mi się:
jego obraz, w prawym kącie kanapy,
przy tykającym regulatorze,
kiedy deszcz bębnił o szyby,
a żar paleniska powoli przygasał,
a on milcząc
opowiadał mi sto lat.

Herbert J. Becher
przełożył Jacek Buras

Wlastimil Hofman. Stary mężczyzna.

KIEDYŚ, DAWNO TEMU...

Kiedyś, dawno temu, poklepywała mnie
po ramieniu, brała na kolana,
opowiadała bajki i śpiewała.
Długo o tym nie pamiętałem.
Teraz oboje znowu staliśmy się młodzi.
Ona zapisuje wierszami powietrze,
a ja słucham.
Jest prawie tak mała jak moja dziesięcioletnia
córka, tylko bardziej krucha.
Kiedy ujmuję jej kościste dłonie
moimi dłońmi - nie ma siły ich uścisnąć -
wiemy oboje, że znaliśmy się zawsze.
Teraz choroba wstrząsa jej zapadniętymi
ramionami i z rzadka tylko usmiech
przebiega jak dawniej przez kreskę
twarzy z zaklęśniętymi ze zmęczenia oczami.
Nos jak ostrze noża.
I ciche "no te preocupes",
gdy odchodzę.

Herbert J. Becher
przełożył Jacek Buras

Marcelina Maria Baron. Postać.