Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ACHMADULINA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ACHMADULINA. Pokaż wszystkie posty

PRZECHODNIU, CHŁOPCZE...

Przechodniu, chłopcze, dałbyś spokój!
Stanął jak wryty, spojrzał, zbladł...
Ja kocham kogoś, kto mnie kocha -
a zresztą: mam już tyle lat.

Dość, nie patrz tym spojrzeniem
ponurym - ani mi się waż!
Wiedz: to miłości śmiech na mgnienie
odmłodził tak, ozłocił twarz.

Przechodzę... luty leczy chłodem
policzki... przez sypiący śnieg
niosę miłości swej urodę
i blaskiem jej nieskromnie lśnię.


Bella Achmadulina
przełożył Wiktor Woroszylski

Alicja Marzec. Zimowy spacer.

NIEWAŻNE

Nieważne - chwilę czy też wieczność
pisane mi wędrować światem.
Światu - za chwilę tę i za tę
wieczność jednaką winnam wdzięczność.

Cokolwiek stanie się - nie przeklnę,
lecz przyjmę lekko, bez zdumienia
przelotność twego zasmucenia
i ciszę p o t e m, tak jak p r z e d t e m.


Bella Achmadulina
przełożył Wiktor Woroszylski

Elżbieta Goszczycka. Duchowa podróż przez pejzaże.

TAK JAK JA WCZORAJ...

Tak jak ja wczoraj - kiepsko żyć: na płonnej
uczcie, gdzie jeden dla drugiego trupem,
trywialność tam nietrzeźwym blaskiem płonie
i w mózgu bzyka w kółko wieczny truteń.

Jak monstrum oswojone w obcych domach
nie wieścią być, co drażni rozum dziki,
lecz mroki dwa dźwigając w oczodołach
stać się powieścią wziętą na języki.

Komfort nieszczęścia znosić nic nie mówiąc
i w tym niezgulstwie aż do kresu donieść,
złośliwie gwiazdy obserwując uwiąd,
w chwili narodzin wtłoczonej w świadomość.

W nieswojej woli jak w zacisku lassa,
wśród suszy, której krople nie uśmierzą,
od oaz nędznych spojrzenie odwracać
żeby nie dotknąć dzieci ani zwierząt.

Naciskać wyobraźni martwy pedał:
bez tamtych obijałam się po świecie,
lepszych - a już bez siebie? - mała bieda!
Nad takim skarbem nie zapłaczę przecież!

Furkotem płaszcza wyzywać i męczyć
zionące gniewem tryby - i nie zginąć,
mimo protekcji bohaterskiej mężczyzn,
zbyt kruchych, by w tym związku być dziewczyną.

Całą swą hipokryzją kusić licho,
lecz sprytem jasnowidzącej ślepoty
liczyć na noc wśród drzew szemrzącą cicho,
na jej skupione, rzeczowe szczebioty.

Jaka zagadka we mnie zakochana,
swym ocaleniem komu grę ułatwię,
skoro mi trzeba do białego rana
być wilkołakiem, co porządku łaknie?

Więc o to chodzi! Gotów las i rzeka
odsłonić tajemnicę tę wiekową
i wnet celnością swą pradawną ręka
płomień w martwotę zaszczepi woskową.

Już bieg ołówka uniżenie służy,
pośpieszy się i długość swą poświęci.
I taka świeża jest pierwotność duszy,
jakby to księżyc rozlał ją po świecie.

Gdy w oczach - niebo i puszcza dziewicza,
ja, bóstwo, swojskim niepodobne bogom,
króluję w mrokach ogromem oblicza,
nie oglądanym nigdy przez nikogo.

O dzień miniony nie troszcząc się zgoła,
dla dnia nowego nie żywiąc przyjaźni,
powolnym ruchem ścieram kosmyk z czoła,
by nie przeszkadzał myśli, wyobraźni.


Bella Achmadulina
przełożył Wiktor Woroszylski

Malarstwo rzymskie (połowa I wieku n.e). Portret młodej kobiety trzymającej tabliczki i rylec.

NOC PRZED WYSTĘPEM

Koniec nocy. Jaśnieje papier,
poprawkami czczymi nie mamiąc,
bielą - słów odpychając marność,
no a komu tego za mało -
nie poradzę nic, nie potrafię.
Jedność ręki i czoła rozdarta,
i nie kryje się już za dłonią
obnażone oblicze starca,
a do wczoraj wszak trwała młodość.

Zgasły świece. Zbywszy pokusy,
czas ostatnie znosić modły?
Oto dzisiaj dzień egzekucji:
rozłączenia gardła i mowy.
Lecz jak można! - przy wszystkich, nagle
stać się dźwiękiem i zginąć w dźwiękach?
To misterium jak śmierć jest nagie
i potworne jak każda męka.
Miły kacie, książkowy molu,
nie zniewalaj mej duszy, odejdź
i od tego, co tylko moje,
oczu zbędną ciekawość odwróć.
Zgoda, przyjmę wszystkie rozkosze
pośmiewiska, nędzy i krachu,
ale niech nie śpiewam na stosie -
niech zapłaczę z bólu i strachu!

Odmówiłabym! Lecz za późno.
Z chrzęstem ścięgien szyję wyginam.
Tego głosu, który jest duszą,
nie oszczędzę na złą godzinę.
Poprzedniego żywota resztkę
na wiatr puszczam! To gest nie nowy.
Głosie mój, niczym kwiat na ścieżkę
albo krwią splamioną chusteczkę,
sama ciebie rzucę pod nogi,
i z szafotu spłynę po trawie,
tchnieniem stanę się, mglistą marą,
zmiętą kartką w fałdzie łachmanów,
no a komu tego za mało -
nie poradzę nic, nie potrafię.


Bella Achmadulina
przełożył Wiktor Woroszylski

Walentin Sierow. Portret aktorki Marii Nikołajewny Jermołowej.

WYJŚĆ NA SCENĘ

Przyszłam i mówię: jak łatwo śniegowi
mknąć z wiatrem, żeby dogodzić lutemu,
tak mnie - na scenę wyjść, by wam dogodzić.
Przyszłam i mówię... lecz nie wierzcie temu.

Mnie nie pierwszyzna czuły wasz i srogi
wzrok skórą przyjąć niczym oparzenie.
Mój głos jak śnieg upadnie wam pod nogi
i umrze też jak śnieg wdeptany w ziemię.

Nie mogę! Sił mi brak! Odmawiam! Prosto
na szafot - ze szpitalnych prześcieradeł?
Ach, jaki w skroni mróz, w łopatkach rozpacz!
Niech ktoś zatrzyma czas, przerwie tyradę!

Na ostrzu liny, na krawędzi nieba,
tancerko, tańcz, dopóki nie runęłaś.
Wiem - umrę, lecz się ocknę, jeśli trzeba.
tak będzie znowu. Tak już było nieraz.

I wyczerpana do dna przez widownię
wpatrzoną - na tym strawię życie całe.
Lecz mój kochanek jest spokojny o mnie.
Jego nie zhańbię, siebie nie ocalę.

Z krtanią bolesną od mowy krwotoku
zdołam zza kulis wesoło wybiegnąć,
choć wszystkie twarze w półprzymkniętym oku
coraz wyraźniej zlewają się w jedną.

W ukłon zamienię gestu nieporadność.
Słów mi nie szkoda, nie żal męki tyle.
Starczy wam tego na niewielką radość?
Niech nie na zawsze - niech na jedną chwilę...


Bella Achmadulina
przełożył Wiktor Woroszylski

Edgar Degas. Primabalerina.

PORĘCZNIEJ MI WSPOMINAĆ...

Poręczniej mi wspominać niźli mieć.
Gdy chwila ta i dawne okamgnienie
połączą się jak gdyby miedź i miedź,
ich wspólny dźwięk to właśnie wiersza brzmienie.

Lubię minioną wiosnę, ogród, dom -
tę istność, której lęk przemożny nie brał,
gdy ją ważyła góry silna dłoń
nad ziemią, chociaż wciąż poniżej nieba.

T e r a z  ją lubię, lecz wiosenny dzień
przyniósł mi tylko strach i ociężałość
wobec tej masy morza, które gdzieś
za oknem przelewając się zdążało.

A gdy w objęciach z morzem księżyc stał,
to mroźny deszcz mną całą wstrząsał latem,
jakbym, ponad umysłu mego stan,
zbytnio spoufaliła się z wszechświatem.

Czy nie przesada - tak z balkonu wyjść
w wieczności przestrzeń? Lecz tętniła w żebrach
radość, że w czasie przeszłym biorąc dziś
na własność, znów za wszystko się odegram.

Czy nie zuchwalstwo - jawę trwoniąc, śnić,
zanurzać księżyc z morzem w uczuć ciemnię;
poza mną kazać im na brudno żyć,
aby na czysto się ocknęły we mnie.

Co dzieje się pomiędzy jednym z mgnień
a drugim? Ile musi trwać, by w duszy
okrzepł i dojrzał niedorosły cień
rzeczy niedbale porzuconej w głuszy?

Czyżby to za tę, najdziwniejszą z łask,
rzemiosło taki haracz brało od nas? -
wypalić, zniszczyć egzystencji blask
i niezniszczalny jej utrwalić odblask.


Bella Achmadulina
przełożył Wiktor Woroszylski

Dwoje przed lustrem na balkonie. Roman Green Kędzierski.

WIERSZA CUDOWNY TEATRZE...

Wiersza cudowny teatrze, tyś nie mój,
wola nie moja z uśpienia cię budzi.
Nie ma mnie wcale - to wiecznie się trudzi
talent nie mnie przypisany, lecz niebu.

Jam jeno prostak wezwany by tutaj
gestów kilkoro wykonać na stronie.
Nie chcę! Lecz między gwiazdami wzniósł dłonie
wielki dyrygent - i drgnęła batuta.

Wiersza cudowny teatrze, tyś nie mój,
sami nie wiemy, co dzisiaj zagramy.
Tyran nas kocha miłością bez granic -
jakaż perswazja się wzniesie ku niemu?

Co dziś rozkaże? I jakie zapory
nas przed miłością osłonią okrutną?
Nad nieporadną natrząsa się lutnią
mistrz niedosięgły - i żąda pokory!

Wiersza cudowny teatrze, tyś nie mój,
graj co kazano i łkaj co kazano -
trąba i wargi rozdartą są raną,
cierp wedle roli i więcej nic nie mów.

Koniec komedii! Zgaszone na zawsze
światła. I z jarzmem niebiańskim się żegnam.
Życia i śmierci się teatr rozegrał
w wiersza cudownym i groźnym teatrze.

Bella Achmadulina
przełożył Wiktor Woroszylski

Jacek Malczewski. Asnyk z muzą.

ZAKLĘCIE

Nie opłakujcie mnie - ja będę żyła.
Szczęsna żebraczka, dobra katorżanka,
w ziąbie Północy drżąca Afrykanka,
gniewnie plująca krwią petersburżanka
na południowym brzegu - będę żyła.

Nie opłakujcie mnie - ja będę żyła.
Dziewuszka-kuternóżka pod kościołem,
pijaczek zwieszający się nad stołem
i ten pacykarz biedny, co z mozołem
wywodzi Matkę Boską - będę żyła.

Nie opłakujcie mnie - ja będę żyła.
Mądrala, co za rozmazaną szybką
jakiejś przyszłości moją rudą grzywką
potrząsa hardo i terkoce szybko,
jak głupia, moje wiersze - będę żyła.

Nie opłakujcie mnie - ja będę żyła.
Miłosierniejsza od sióstr miłosierdzia,
puki brawura moja trwa przedśmiertna
i z góry gwiazda świeci mi prześwietna,
czy tak, czy owak, jakoś będę żyła.


Bella Achmadulina
przełożył Wiktor Woroszylski

Włodzimierz Błocki. Chora dziewczynka.

DESZCZ I SAD

Przez okno, jak podręcznik cudzy,
swym nieuczonym okiem badam
niezrozumiały dla mnie grudzień,
co deszczem wita mnie i sadem.

To dwóch żywiołów ślub. By orzec,
gdzie deszcz, gdzie sad jest - nie ma mowy,
a zespoleniu ich zagrozić
nie może świadek przypadkowy.

Nie zmieści włos się między nimi.
Rozdzielić je? - To niemożliwe.
… I w ich objęciach owoc ginie,
nim zdąży puścić soki żywe.

Deszcz w sadzie, sad wśród deszczu zginął,
deszcze w sadzie, w deszczu - sad przepada,
a ja - cóż mam uczynić z zimą,
co na południe się zakrada?

Jak deszcz od sadu mam odłączyć
pogodną, krótkotrwałą chwilą,
by ciało ptaka - wątłe, drżące -
wśród mokrych liści się schroniło?

A kiedy przyjdzie taki moment,
że dawna waśń im się przypomni,
w ten moment wcisnę się z tym domem,
gdzie ciągle czuję się bezdomnie.

Wytrzymać upragnioną radość
dwukrotnie serce musi jeszcze:
czuć ból z powodu deszczu, sadu
i cierpieć razem z sadem, z deszczem.

Cóż dom? W nim przecież pusto, martwo.
Czyż nie jest to za sprawą moją?
Na proch sieroctwo starło łatwo
to, co sieroctwa jest ostoją.

Ech, lepszy los wyżebrać chciałam.
Nie o to mi chodziło chyba,
by przez ten, który wyżebrałam,
pękła w cudzym domu szyba.

I walczą deszcz i sad o jedno
- chcą wygnać precz, chcą w pył zamienić
ten nieobowiązkowy przedmiot
- dom, co się w ziemi zakorzenił.

Czy mam się w budzie tej dziurawej
tak pychą unieść niezmierzoną,
by przerwać wreszcie tę zabawę,
przez sad i deszcz wynalezioną?

Czyż nie jest czas, by zimie ulec,
co sad spowije w mgły i śniegi,
by oddać miejsce w świecie, które,
choć cudze - ja zajęłam kiedyś?

Bella Achmadulina
przełożył Adam Łoskiewicz

Bronisława Rychter-Janowska. Sad nocą.