PIOSENKA O NIEBOSZCZYKACH

Czy się mknie autem, ścinając wiraże,
czy też piechotą wyrusza na szlak -
przy samobieżnych pojazdów nadmiarze
łatwo się w drodze zamienić we wrak.

Wczoraj karawan, co wiózł martwe ciało,
wjechał na tramwaj, a potem na słup.
Szofer w szpitalu? A kto uszedł cało?
Ten, dla którego kopano już grób.

Płaczki przez zęby szlochały co siły,
dętej orkiestry nadęty grzmiał jęk,
pop popiskiwał. I tylko z mogiły
żaden fałszywy nie rozległ się dźwięk.

Zgrany kolektyw słowami podzięki
żegnał zmarłego, bo taki już mus,
ale nieboszczyk nie podał im ręki
i to mu trzeba zapisać na plus.

Wtem deszcz zesłała natura surowa.
Cóż spraw człowieczych obchodzi ją bieg?
Tłum żałobników pod drzewem się schował,
tylko nieboszczyk tam został, gdzie legł.

On gwiżdże na deszcz, grad obchodzi go mało.
Każdy umarlak ma hartu za dwóch,
bo chociaż ciało się ruszać przestało,
to jednak zdrowy pozostał w nim duch.

Za wiele na nas problemów naciera -
jak żyć, czym straszyć i czego się bać?
Ach, wtedy spokój nastaje dopiero,
kiedy w mogiłach kładziemy się spać.

A czy w zbiorowych, czy we wlasnościowych -
tu nieboszczycy się zdają na los.
Nie chcą urzędom do spraw lokalowych
nowych przysparzać kłopotów i trosk.

Nawet w zaświatach, w tym kraju przedziwnym,
też widzę jawny wyższości ich znak:
my tu nie znamy ni dnia ni godziny,
a oni wiedzą - co, kiedy i jak.

"To nieboszczyków apoteoza!" -
słychać protesty. Lecz ja swoje wiem:
W końcu przejedzie nas ktoś,
lecz ktoś spoza
grona kolegów, co śpią wiecznym snem.


Władimir Wysocki
przełożył Ziemowit Fedecki

Scena pochówku. 
Missale Warmiense. Strasbourg, Fridericus Dumbach (1497).
Biblioteka Wyższego Seminarium Duchownego Metropolii Warmińskiej Hosianum w Olsztynie
.

TAKA SOBIE BAJECZKA

Baju-baju, w pewnym kraju,
dajmy na to numer 6,
hultaj siedział na szachraju,
ideały mieli gdzieś.

Zamiast machnąć szabelką choć raz,
stary król wolał uderzać w gaz.
Ślubną żonę puścił kantem,
delfin został spekulantem,
a bez wiana królewny wdzięk zgasł.

Za pagórkiem, za laseczkiem,
w innym kraju - numer 5,
mieszkał król zwany Słoneczkiem,
lud uwielbiał jego pięść.

Święty spokój panował zawsze tam,
chociaż z króla zwyczajny był cham.
Zabrał swym ministrom teki,
opozycję - do bezpieki,
a granicę na kłódkę zamknął sam.

No a dalej trochę jeszcze,
w ślicznym państwie numer 2
królem ciągle trzęsły dreszcze,
krew go zalewała zła.

Był to militarysta i bar-
barzyńca, na wszystkich się darł.
Wysyłał każdej soboty
bardzo obraźliwe noty,
do konfliktu zbrojnego parł.

W dziki amok popadł wkrótce,
wrzasnął: "Nam przestrzeni brak!"
pchnął do boju swoje hufce,
a sąsiadów trafił szlag.

"W łeb mu damy i koniec!" A skąd!
W 6-tym nikt nie wyruszył na front,
w 5-tym zaś generalicja
znikła tam gdzie opozycja,
a wasale zaszyli się w kąt.

Władimir Wysocki
przełożył Ziemowit Fedecki

Władimir Wysocki. 
Fot. Anatolij Garanin

SEN

Żółty płomień widzę we śnie, zaraz mnie oślepi.
Poczekaj trochę, jeszcze za wcześnie,
rankiem będzie lepiej.

Ale ranek nie przynosi
radości mi wcale.
Albo piję znów ze złości,
albo na czczo palę.

      Da i-ych raz, da jeszczo raz,
      da jeszczo mnogo, mnogo, mnogo, mnogo,
     mnogo raz,
     da jeszczo raz...
                              Albo na czczo palę

W knajpie wódki różnych smaków
i kelner jak matka.
Raj dla błaznów i żebraków,
dla mnie - ciasna klatka.

A w kościele mroku wiele,
kadzidlany zaduch.
Nie ma, chłopcy, i w kościele
ładu ani składu.

     Da i-ych raz, da jeszczo raz,
     da jeszczo mnogo, mnogo, mnogo, mnogo,
     mnogo raz,
     da jeszczo raz...
                              Ładu ani składu.

Ja za miasto się wymykam,
bo już mi serce pęka.
Tam spotyka mnie osika
i sucha wisienka.

Żeby choć stokrotka jedna,
jeden kwiat na wiśni!
Nic się tutaj zrobić nie da,
nic po mojej myśli.

     Ech raz, da szto ty,
     da jeszczo raz, da szto ty,
     da jeszczo mnogo, mnogo, mnogo, mnogo,
     mnogo raz,
     da jeszczo raz...
                              Nic po mojej myśli.

Ruszam pędem w szczere pole.
Pustka. Nie ma Boga.
Tylko piołun i kąkole,
i w dal ucieka droga.

Przez krainę wilkołaków
biegnie lasem-borem,
a u kresu tego szlaku
stoi kat z toporem.

     Ech raz, da jeszczo raz,
     da jeszczo mnogo, mnogo,
     mnogo raz,
     da jeszczo raz...
                              Stoi kat z toporem.

Jakby pieśni ciągnąc wątek
gdzieś zarżały konie.
Marny drogi tej początek,
jeszcze gorszy koniec.

Obca mi knajpa, kościół obcy.
Nigdzie nic świętego!
Wszystko do niczego, chłopcy,
całkiem do niczego.

     Ech raz, da jeszczo raz,
     da jeszczo mnogo, mnogo,  
     mnogo raz,
     da jeszczo raz...
                              Całkiem do niczego!


Władimir Wysocki
przełożył Ziemowit Fedecki

PIOSENKA O KOLEJCE

Kolejka stoi. Martwi się i złości.
W żywe kamienie dystrybucję klnie:
"No jak to, przecież mieli dawać po sprawiedliwości,
to czemu innym dali, a nam nie?"

Kierownik rzekł: "Każdy się u nas liczy,
lecz są klienci ważni i ważniejsi.
Ci, co dostali - to zagranicznicy,
a wy jesteście, proszę was, tutejsi."

Kolejka dalej martwi się i złości,
w żywe kamienie dystrybucję klnie:
"Do czego to podobne?! Myśmy stali pierwsi!
Gdzie jest kierownik? Mieli dawać po sprawiedliwości,
to czemu innym dali, a nam nie?"

Kierownik rzekł: "W zasadzie macie rację,
lecz są klienci równi i równiejsi.
Musieliśmy obsłużyć delegację,
a wy jesteście, proszę was, tutejsi."

Kolejka ciągle wścieka się i złości,
w żywe kamienie dystrybucję klnie:
"Co jest, do jasnej cholery?! Dość tego!
Ładne porządki: jedni stali, a drudzy dostali.
Robią nas w konia! Dawać tu książkę zażaleń!
Przecież mieli dawać po sprawiedliwości,
to czemu innym dali, a nam nie?"

Władimir Wysocki
przełożył Ziemowit Fedecki


Władimir Siemionowicz Wysocki (Владимир Семёнович Высоцкий) – rosyjski pieśniarz, poeta i aktor (1938-1980).
Jako aktor zyskał sławę swoimi kreacjami w Teatrze na Tagance oraz kilkoma rolami filmowymi m.in. w serialu kryminalnym pt. „Gdzie jest czarny kot”. Dla większości był przede wszystkim pieśniarzem, rosyjskim bardem. Śpiewał niskim, ochrypłym barytonem, przy akompaniamencie gitary (później również z orkiestrą). 

PRZECHODNIU, CHŁOPCZE...

Przechodniu, chłopcze, dałbyś spokój!
Stanął jak wryty, spojrzał, zbladł...
Ja kocham kogoś, kto mnie kocha -
a zresztą: mam już tyle lat.

Dość, nie patrz tym spojrzeniem
ponurym - ani mi się waż!
Wiedz: to miłości śmiech na mgnienie
odmłodził tak, ozłocił twarz.

Przechodzę... luty leczy chłodem
policzki... przez sypiący śnieg
niosę miłości swej urodę
i blaskiem jej nieskromnie lśnię.


Bella Achmadulina
przełożył Wiktor Woroszylski

Alicja Marzec. Zimowy spacer.