Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Brodski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Brodski. Pokaż wszystkie posty

POSZUM ULEWY...


Poszum ulewy ożywia i wieści
sławę mimozy, którą pył zaciera.
Wieczór rozcina dobę na dwie części,
jak tną nożyce ósemkę na zera.
Cyferblat w talii się zwęża i w parze
z gitarą jasne jest ich podobieństwo.
Tej, której wzrok się oparł na gitarze
gryf przypomina pukiel włosów gęstych.

Dłoń jej szal gładzi i prostuje fałdy.
Wystarczy dotknąć jej ramion czy włosów,
aby zadźwięczał głośniej smutek twardy
i nic innego wydobyć nie sposób.
Jesteśmy sami. I oprócz przykutych
do siebie wzajem naszych oczu w cieniu,
nic już ze sobą nas nie wiąże tutaj,
w zakratowanym ukośnie więzieniu.

Josif Brodski

Joarez Filho. Gitara.

ŚWIAT WIDZIALNY


Mijają lata, burą ścianę pałacu przecina
pęknięcie, ślepa szwaczka przetyka wreszcie koniec nici
przez złote uszko, wychudzona Święta Rodzina
o milimetr przybliża się do egipskiej granicy.
Świat widzialny dostarcza codziennej rozrywki
większości żywych. Jasnym, choć postronnym światłem
zalane ulice. Astronom co noc skrupulatnie
podlicza napiwki.

Tracę już pamięć gdzie i o jakiej porze
rozegrało się takie czy inne zdarzenie
tydzień temu, wczoraj, w parku, w powietrzu, w wodzie
ze mną - czy beze mnie?
A i samo zdarzenie (powiedzmy - eksplozja
babski fałsz, rozruch pieca, powódź, zakrzep w żyle)
nic nie pamięta i nigdy nie pozna
ani mnie, ani innych, którzy je przeżyli.

Josif Brodski

KIEDYŚ POWRÓCISZ DO KRAJU...

Kiedyś powrócisz do kraju - no właśnie
Zobacz, czy jesteś tu potrzebny komuś,
czy ktoś się może z tobą zaprzyjaźnić.
Kup na kolację wracając do domu
byle jakiego czerwonego wina,
usiądź przy oknie, zastanów się chwilę:
wszystko to twoja, tylko twoja wina -
i chwała Bogu, świetnie - tylko tyle.
Dobrze, że nigdy w czas mrocznej zamieci
nie prowadziła cię ręka pomocna
i jak to dobrze samemu na świecie
wędrować pieszo z szumiącego dworca.

Dobrze, że nie masz tu kogo obwiniać,
dobrze, że z nikim nie masz żadnych więzi,
że nie ma kogoś, kto ciebie jedynie
musiałby kochać aż do samej śmierci.

Josif Brodski

W STYLU HORACEGO



Nieś się, stateczku, przez fale złudne,
łopoczą żagle jak zmięte ruble,
z ładowni słychać skowyt republik,
skrzypienie burty:
trzeszczy w szwach co opina żebra.
W morzu drapieżnych ryb pewnie nie brak.
Nawet pasażer o silnych nerwach
rzyga jak struty.
Nieś się, stateczku, w burz kłębowisku.
Sztorm, choć wścieklejszy jest od pocisku,
bezsilniej słucha władnego świstu -
tak bardzo, że aż
nie wie, gdzie pędzić: w tę? W tamtą? W jeszcze
inną? Bo cztery strony ma przestrzeń,
jak cztery ściany - każde z pomieszczeń,
choćby w nich mieszkał Boreasz.
Nieś się i nie bój, że skalny wytęp
przebije burtę. Odkryjesz wyspę,
jedną z tych wysp, gdzie sto lat po wszystkim
krzyże dostrzegasz,
gdzie obwiązany tasiemką pakiet
listów sprzedaje ci dziecko: takie
błękitne oczy jawnym są znakiem -
ojcem był żeglarz.
Nie wierz, stateczku, przewodnim gwiazdom;
tyle ich tam, że niebo jest zjazdem
sztabu głównego. Gdy straszą nas tą
próżnią nad głową,
wierz tylko temu, co się nie zmieni:
wierz demokracji wolnych przestrzeni,
która, choć w burzach sporów się pieni,
Ma dno pod sobą.

Jedni w dal płyną na złość losowi,
inni - dosolić Euklidesowi,
inni znów - po to, by mieć to z głowy -
wszystko to nieźle,
lecz ty, stateczku, o każdej porze
dostrzeż horyzont choćby w horrorze,
nieś się w dal, aż się sam staniesz morzem
nieśże się, nieśże.

Josif Brodski

Joanna Burnat. W morzu niepamięci.

ROZUMIEM: MOŻNA KOCHAĆ PEŁNIEJ...



Rozumiem: można kochać pełniej, mocniej,
nieskazitelniej. Można, tak jak syn Kybele,
wtopić się w mrok i pod postacią nocy
wkraść się w twoje obszary. Można jeszcze wiele:
na przykład twoje rysy z molekuł i drobin
odtwarzać mozolnymi stalówki ruchami.
Albo, wbijając w lustro wzrok, tłumaczyć sobie,
że ty - to ja: bo kogóż właściwie kochamy,
jeśli nie siebie? Ale losowi zapiszmy
punkt w naszym jutrze - choćby zwlekały zegarki -
już wybuchała ta bomba, która wszystko niszczy
pozostawiając tylko meble albo garnki.
Nieważne, kto tu zbiegiem, kto przed kim ucieka:
nas ani przestrzeń, ani czas nie swata
i do tego, jakimi będziemy na wieki,
lepiej przywyknąć w dzisiejszym dniu świata.

Josif Brodski

Jean Antoine Watteau. Pieśń miłosna.

PADA ŚNIEG...


Pada śnieg, resztę świata pomniejszając doszczętnie.
W taki czas Pinkertonom się wiedzie
i sam sobie co chwila następujesz na pięty
własnych śladów, tłoczących się w przedzie.
Nikt nie żąda nagrody za odkrycie tych tropów;
pejzaż wokół pojaśniał i zamilkł.
Jakże światłem nabity odprysk szkła w głębi mroku -
gwiazda! Całkiem jak łódź uchodźcami.
Nie oślepnij, patrz dalej - sam wyjęty spod prawa,
odszczepieniec, wyrzutek, mizerak.
Nawet duszę śnieg zawiał. Tylko wydech zostawia
kłęby pary, jak profil chimery.
Lepiej pomódl się głośno, tak jak ten z Nazaretu,
za schodzących się zewsząd koliście
samozwańców z darami z wszystkich krain planety
i za każde niemowlę w kołysce.

Josif Brodski

Marek Szczepaniak. Zima.

GINĄ LUDZIE


W chwili, kiedy przy kolacji
bronisz niedorzecznych racji
żal za głupstwem topiąc w wódzie -
giną ludzie.
W przecudownych starych miastach
strach w codzienny pejzaż wrasta
śniąc o ocalenia cudzie -
giną ludzie.
W wioskach, których wcale nie ma,
bo śmierć przez nie przeszła niema -
wierząc swej nadziei złudzie
giną ludzie.
Giną ludzie gdy głosujesz
za spokojem - i próbujesz
bunt sumienia zbić doktryną -
obcy giną.
W chwili, gdy rozrywki żądasz,
w telewizji mecz oglądasz,
lud się pławisz w słodkiej nudzie -
giną ludzie.
Oto nowa jest idea:
jeszcze ludzkość nie zginęła,
chociaż w Kainowym trudzie
giną ludzie.
Wielbiąc każde przykazanie,
zapis świętych praw w Koranie,
Ewangelii i Talmudzie
giną ludzie.

Wśród wyznawców każdej wiary
są mordercy i ofiary -
twe milczenie wskaże teraz
kogo wspierasz.

Josif Brodski

WMASZEROWUJE ARMIA...


Wmaszerowuje armia.
Co może, to zagarnia.
Ludność klnie albo łka i
ucieka z tobołkami.
Każdy kraj świata śle
swojego attache' :
trzeba symetrię ścisłą
wnieść w przyszłe cmentarzysko.
Odczyt erudyty:
"Cel bandyty". Zabity,
mniej skuteczny w wymowie,
gnije tymczasem w rowie.
U brzegów - gęsty szereg
kosztownych kanonierek.
Bandera w pasy. Fala.
Załoga się opala.
Do wrogiego bliźniego
na wojnie jest daleko.
Przemawiaj, aż się spocisz:
i tak bliżej ma pocisk.
O poprawność gehenny
dbają błękitne hełmy.
Okrągły stół (jak zero)
pomnaża liczbę sierot.
Tym się różni od nafty
krew, że jest jej doprawdy
ile dusza zapragnie:
przelewaj - nie zabraknie.
My z to, neutralni,
mamy prawo w jadalni,
żując stek lub warzywo,
śmierć oglądać na żywo.
Ojczyznę wolnych ludzi
coś od środka paskudzi:
demokratyczne nawyki
nie zastąpią etyki.

Opłakuj martwych, ale
módl się za tych, co dalej
śpią pod ruin osłoną,
wiedząc, że ich zdradzono.

Josif Brodski

MELODIA MURU BERLIŃSKIEGO


To jest dom, który zburzył Jack,
to jest punkt, skąd na tamten brzeg
chciał przejść Hans - jeden strzał i schlus,
a to jest mur, który Iwan wzniósł.
Poczucie winy doskwierało mu widocznie
kiedy wznosił ten mur,
bo zastosował skromny szary beton
i pól minowych koncepcję dyskretną.
Mur ten: a) nudzi, b) straszy ponuro,
pod nim kolczasty drut jak włóczka, którą
babunia cerowała skarpetki na pięcie
lecz drut nie do robótek - wysokie napięcie.
Za murem flaga na wietrze się miota,
a na niej cyrkiel w towarzystwie młota
obwieszcza na tle żółci, czerwieni i czerni
ziszczenie się snów masonerii.
Czujne lornetki Volkspolicji
z wież rozglądają się po okolicy:
i wschód, i zachód przedstawiają widok
godny uznania: ni jednego Żyda.
Z tych, którzy razem tu żyli i marli
jednych na zachód pchnął pociąg do marki,
drudzy do Marksa poczuli popęd
- mur nie pozwolił im zejść się z powrotem.
Przyjdź pod ten mur, jeśli źle ci tam, gdzie jesteś -
to próbka tego, jak wygląda kosmiczna przestrzeń
w której życia brak - na pewno,
a jeśli co ginie - to przedmiot.
Przyjdź na tę obojętną na pokój czy wojnę
zakrzepłą wersję "albo-albo", tak spokojnie
przecinającą dzielnicę, gdzie w pustce
pustka odbita, jak w pękniętym lustrze.
Dzień tu smutny, po nocach reflektorów światło
przecina duszne powietrze i łatwo
wykazuje, że jeśli ktoś tu krzyknął znów
to nie z przyczyny złych snów,
bowiem sny nie są tutaj takie złe - najwyżej mokre
od krwi kogoś jak ty, kto próbował samotnie
włóczyć się gdzie nie trzeba, po czym w jego głowie
sny zastąpiono ołowiem.

Przyjdź pod ten mur - wydanie i lepsze i nowsze
murów rzymskich czy chińskich: ich starte trzonowce
zazdroszczą kłom stalowym, które mierząc w niebo
błyszczą świeżo obmyte z krwi twego bliźniego.
Świergot ptaka wdzięczniejszą byłby kołysanką
lecz jeśli masz coś przeciwko skrobankom
lub konowałom, którym słono trzeba płacić -
przyjdź pod ten mur - popatrzeć.

Josif Brodski

DOTKNIJ MNIE...


Dotknij mnie - a poczujesz rzep uschły,
wilgoć wieczoru lub poranku, tętno
kamieniołomu miasta, oddech stepowej pustki,
tych, którzy już nie żyją, a których pamiętam.

Dotknij mnie - a pod czubkami palców
znajdziesz wszystko to, co istnieje poza mną, beze mnie,
co nie wierzy mnie, mojej twarzy, memu paltu,
wpisując nas w bilans zawsze po stronie ujemnej.

Josif Brodski

PEWNEMU TYRANOWI


Bywał tu niegdyś - jeszcze nie w bryczesach
i palcie flauszowym, czesał się pod górę...
Potem bywalców kawiarni wyczesał
aresztem - i tak wykończył kulturę,
mszcząc się jak gdyby nie na tych denatach
lecz na epoce - za pustki w kieszeniach,
nudę, złą kawę i upokorzenia
jakich doznawał, gdy przegrywał w skata.
Epoka jakoś przełknęła tę zemstę -
dzisiaj tu pełno, śmiech, krzeseł szuranie,
muzyka z płyt - lecz nim zajmie się miejsce,
coś korci by obejrzeć się przez ramię...
Wszystko plastikiem i niklem pokryte,
ciastka smakują bromkiem sodu, ale
czasami tuż przed zamknięciem lokalu
wstąpi z teatru on sam, incognito.

Gdy wchodzi, wszyscy już na baczność stoją -
jedni służbowo, a drudzy ze szczęścia.
On krótkim ruchem dłoni od napięstka
daje znak, że nie chce psuć nastroju.
Popija lepszą niż przed laty kawę
i zagłębiony w fotel je rogalik,
który tak smaczny jest, że martwym nawet
byłby smakował - gdyby zmartwychwstali.

Josif Brodski

PIELGRZYMI


Obok stadionów, kościołów,
obok bazylik i barów,
obok cmentarzy i koło wielkich ruchliwych bazarów,
spokoju, zmartwień i spleenu,
w pobliżu Mekki i Rzymu,
paleni słońcem pustyni
idą po świecie pielgrzymi.
Ułomni, głodni, zgarbieni,
podarte na nich odzienie
i mroczne mają spojrzenia,
a w sercach świt i płomienie.
Zostawią śpiew na pustyni,
za nimi błyski i gromy,
gwiazdy migoczą nad nimi
i kraczą proroczo wrony,
że świat się nigdy nie zmieni.

Tak będzie zawsze na ziemi,
biel śnieżna dosięgnie źrenic,
a kłamstwa nic nie wypleni.
świat nieskończony dla stworzeń
choć podejrzanie serdeczny
jest zrozumiały, być może,
ale pomimo to - wieczny.
To znaczy - traci sens cały
wiara i w siebie i w Boga,
to znaczy, że pozostały
tylko iluzja i droga.
Ziemia się w ciemność ubierze
albo porankiem zaświeci,
użyźnią ją żołnierze,
zaakceptują poeci.

Josif Brodski

GWIAZDA CZY ASTEROID...


Gwiazda czy asteroid
spadając przez mrok nieba
na ostrość wzrok nastroi
i zamglić mu się nie da
spójrz na ów świat z tej strony,
chociaż spojrzenia niewart...
Tam początki i końce giną z oczu, z pamięci,
zmarli kryją się w grobach, w łonach ledwie poczęci
(ptaki - nie tak, lecz któż ptakom uwagę poświęci).
Tam bujny bez w ogródku pachnie w wiosennym stylu,
piwiarnie oblężone, spragnionych jest aż tylu,
tam ci co są na czele, są tacy, jak ci z tyłu.
Tam smucą się zapałki w pochmurny dzień moknące,
tam po pytaniu "Kto tam?" - słychać szampański koncert,
tam ryba w wodzie ma kolor puszki konserw,
tam miasta stają słupka, zorza ma kolor rzeźni,
fabryki grzmią i dymią niby żelazne rzeźby
niepotrzebne nikomu - pijanym ani trzeźwym.
Tam na sztandarze sierp z młotem miłośnie splecione,
lecz w ścianę gwóźdź nie wbity, a ogród nie plewiony,
Wielki Plan - zawalony, szkoda na to śledziony...
Nieznana tam maszkara, zagadka, mgła, niepewna
okolica się stara być typowa i zgrzebna,
w modzie tam barwa szara - kolor czasu i drewna.

Skrzyp, pióro - mój kosturze, prowadź mnie po świecie,
koła naszej epoki buksując w złożach śmieci
nie dogonią nas - bosych, więc nie ma się co spieszyć...
I nie mam o czym gadać ni z Grekiem ni z Waregiem,
nie wiem jaka ziemia będzie mi wiecznym noclegiem...
Skrzyp, pióro, skrzyp uparcie, wędrując kartek śniegiem...

Josif Brodski

JESIENNY WIECZÓR


Jesienny wieczór w miasteczku niedużym,
które się szczyci istnieniem na mapie
- kartograf chyba spuścił kleks na papier,
albo się w córce sędziego zadurzył:
Formatem swoich dziwactw zmordowana
przestrzeń tu jakby zrzuca z siebie brzemię
gigantomanii, gdyż ją zadowala
rozmiar ulicy głównej - a czas drzemie
zerkając sennie na sklepik malutki,
który na froncie ma ogromny zegar,
a wewnątrz wszystko, co stworzył duch ludzki -
czy to teleskop będzie, czy laubzega.
Jest tutaj kino, salon i apteka
oraz kawiarnia - jedyna w promieniu
mili, bank z orłem widocznym z daleka,
plus kościół, który w głuchym zapomnieniu
daremno byłby zarzucał swe sieci,
gdyby się poczta nie mieściła obok
- i gdyby tutaj nie robiono dzieci,
pastor udzielałby chrztów samochodom.
Tu rejwach świerszczy przez ciszę się niesie.
O szóstej wieczór jak po atomowej
wojnie nie spotkasz żywej duszy w mieście
tylko z księżycem można wieść rozmowę,
gdy się jak prorok pcha w okna prostokąt
i tylko czasem światła cadillaca hojnie
omiotą, pędząc nie wiadomo dokąd,
cokół, na którym tkwi Nieznany Żołnierz.
Tu przyśni ci się nie girlasek szwadron,
ale twój własny adres na kopercie.
Tu mleczarz, widząc, że mleko się zsiadło,
pierwszy przyjmie wieść o twojej śmierci.

Tu w czterech ścianach można żyć latami,
połykać brom, palić kalendarze wszystkie
i patrzeć w lustro tak, jak blask latarni
przegląda się w kałuży na wpół wyschłej.

Josif Brodski

Ewa Tybura. Miasteczko.

TORNFALLET


Leżę na łące w Szwecji
powalony - i świeci
mi w oczy spodnią bielą
obłoków wolny przelot.
Wdowa po mnie, na łące
gdzieś dalej, zbiera drżące
koniczynki na wianek:
dostanie go kochanek.
Braliśmy ślub w niedzielę
w granitowym kościele.
Śnieg użyczył jej światła,
w sośnie mieliśmy świadka.
Kąpała się w owalu
stawu, lustra z opalu
w oprawie trzcin i wiklin.
I co noc - czymś niezwykłym
było uparte słońce
jej włosów, miedzią lśniące
na poduszce tuż obok,
jakby dźwigał je obłok.
Poprzez dal mnie dobiega
dźwięk wciąż tego samego
sopranu: pieśń "Jaskółka".
Chciałbym się w nią zasłuchać,
ale gęstnieje wieczór,
cień się czai w powietrzu
i łąk malejąca przestrzeń
ziębi mi plecy dreszczem.

Gdy tak leżę w agonii
oko wciąż gwiazdy goni.
Wenus, punkt gorejący:
nie, nikt nas nie rozłączy.

Josif Brodski

KOCHANA -


- wyszedłem dziś z domu wieczorem na plażę
odetchnąć świeżym powiewem oceanu,
w parterze zachód dopalał się chiński wachlarzem,
a chmura się kłębiła jak wieko fortepianu.
Przed ćwierćwieczem zajadałaś daktyle i szaszłyki,
rysowałaś tuszem, czasami śpiewałaś.
Byłaś ze mną, ale odeszłaś z inżynierem chemikiem
i - sądząc z listów - koszmarnie zgłupiałaś.
Teraz można Cię spotkać w metropolii i w powiecie,
na pogrzebach przyjaciół odchodzących masowo
i rad jestem, że są przestrzenie na świecie
bardziej niewiarygodne, niż między mną a Tobą.
Nie zrozum mnie źle - z Twoim głosem, imieniem i ciałem
nic się nie wiąże, nikt ich nie zniszczył, ale by osobę
tę jedną zapomnieć potrzebne życie całe
co najmniej jedno - ja to mam za sobą.

Powiodło Ci się owszem, sądzisz, że prócz zdjęcia
pozostaniesz bez zmarszczek, młoda, z ironią zjadliwą,
czas pojmie swe bezprawie w zetknięciu z pamięcią,
palę w ciemnościach i wdycham zgniliznę odpływu.

Josif Brodski

BEZ LATARNI


Gdy w nocy wyjrzysz przez okno - od razu
wiesz, jak daleko może być do wiosny;
zwykłym sylwetkom narzutowych głazów
nie będzie bliżej do rosnącej sosny.
Z niedostrzegalnym uśmiechem spryciarza
przeciągasz nitkę przez zęby w skupieniu,
ażeby palce (albo mięśnie twarzy)
łatwiej przekonać o swoim istnieniu.

A serce w piersi skacze i szaleje
z obawy przed tym ponurym milczeniem
przestrzeni, która przed tobą czernieje
tak jak ciągnące się za tobą cienie.

Josif Brodski

TYŚ TO...


Tym tylko byłem, czego
Ty dotknęłaś dłonią,
nad czym w noc głuchą, wronią
pochylałaś się strzegąc.
Tym tylko byłem, co
rozróżniałaś tam, w dole,
w licach zatartych, w czole
rysy nawykła ciąć.
Tyś potrącała przecież
zmysł by drżał, by nie usnął,
mnie - małżowinę uszną
lepiąc w gorącym szepcie...
Tyś to w wilgotną głąb
krtani, w łuki podniebień,
kiedy wzywałem Ciebie
- miękki wkładała głos.
Ślepy byłem, lecz szłaś
przesłonięta i jawna
wzrok wszczepiając mi z nagła
- tak zostawia się ślad
i tak światy się stwarza,
a stworzone od nowa
zaczynają wirować
i darami obdarzać.

Tak to blaskiem, to mgłą
spowity ziąbem, ogniem
wśród przestworzy samotnie
krąży zbłąkany glob.

Josif Brodski

SZKODA, ŻE CIĘ TU NIE MA...


Szkoda, że cię tu nie ma,
szkoda, kochanie.
Siedziałabyś na sofie,
ja - na dywanie,
chustka byłaby twoja,
moja - kapiąca łza,
albo może na odwrót:
płacz ty - pociecha - ja.
Szkoda, że cię tu nie ma,
szkoda, kochanie.
Prowadząc wóz, dłoń kładłbym
na twym kolanie,
udając, że je mylę
z dźwignią, gdy zmieniam bieg.
Wabiłby nas nieznany
lub właśnie znany brzeg.
Szkoda, że cię tu nie ma,
szkoda, kochanie.
Srebrny księżyc na czarnym
nieba ekranie
na przekór astronomom
oddawałbym co noc
na żeton na automat,
by usłyszeć twój głos.

Szkoda, że cię tu nie ma,
na tej półkuli -
myślę, siedząc na ganku w letniej koszuli
i z puszką "Heinekena".
Zmierzch. Krzyk mew. Liści szmer.
Co za zysk z zapomnienia,
jeśli tuż po nim - śmierć?

Josif Brodski

CZĘŚĆ MOWY (fragmenty)


Z nikąd, z miłością, ...nastego lipcopada, roku...
Drogi, Szanowny, Kochana... Zresztą, to się nie liczy:
nieważne kto, bo sam diabeł, szczerze mówiąc, z mroku
nie wydobędzie już twarzy... Nie Twój, (lecz i niczyj)
wierny przyjaciel pozdrawia serdecznie z jednego
spośród pięciu kontynentów - tego, co się wspiera
na kowbojach. Kochałem Cię bardziej niż Raj i Samego,
więc dalej mi do Ciebie, niż do nich jest teraz.
Dziś, późną nocą, w uśpionej dolinie, na dnie,
w miasteczku, które śnieg po klamki zawiał,
w ciemnościach skręcam się na prześcieradle
(jak nie wspomniano niżej, zamknąć nawias)
i za morzem, bez końca nie potrafiąc usnąć,
mamroczącym zaimkiem "Ty" próbuję wzruszyć
poduszkę, kiedy ciało - obłąkane lustro -
zarys postaci Twojej chce powtórzyć.
Marznąc widzę jak za morza trzy
zmierza słońce. Nikogo dokoła.
Czy to obcas się po lodzie ślizga, czy
pod obcasem ziemia zbyt okrągła?
I w mej krtani, gdzie mieścił się śmiech
i herbata, i piosenka rzewna,
coraz jaśniej rozlega się śnieg
i czernieje, jak Amundsen, "Żegnaj"
Wieczór zimą, gdzieś nigdzie. Parter
w gęstwinie wiklin. Picie wina bez słowa.
Ciało leży na łokciu wsparte
jak morena polodowcowa.
Za tysiąc lat może ktoś tu skamieniałą
muszlę znajdzie - z firanki wzorem
i odciskiem ust, co nie miały
komu rzec "Dobranoc" wieczorem.
Serce, chociaż zdziczałe, wciąż jeszcze bije za dwoje,
w ciało się kryjąc jak mysz pod miotłę.
Za dniem dzisiejszym jutro nieruchomo stoi,
jak orzeczenie stoi za podmiotem.
W pobliżu oceanu, przy świetle świecy, w ramie
pól, kipiących od lucern, szczawiów i koniczyn,
wieczornemu ciału, jak Sziwie, wyrasta mnóstwo ramion
wyciągniętych ku lubej, a wypełnionych niczym.
Sowa zapada w trawę, wpija się w ciałko mysie.
Z niewiadomych powodów poskrzypują krokwie.
W drewnianym mieście twardszy sen, bowiem śni się
tylko to, co zdarzyło się już wielokrotnie.
Cichotworzenie moje - w jaką stronę
powiedz, mamy się zwrócić ze swoim istnieniem?
Tę pisaninę, gęstszą od miodu, lecz ciekłą,
jak chcesz rozmazuj, ale z kim w potrzebie
przełamać w łokciu i w kolanie cienką
odciętą kromkę, moje cichotworzenie?
Zawsze zostaje ta możliwość: z wnętrza
wyjść na ulicę, której perspektywa wietrzna
i brązowa ukoi twój wzrok szeregami
drzew, blaskiem kałuż, samym maszerowaniem.
Ulica, domy - choć wszystkie podobne -
niektóre lepsze: więcej rzeczy na wystawie
- i chociażby to, że gdy popadniesz w obłęd,
w każdym razie w nich się to nie stanie.
Nic, tylko spać w ubraniu, lub czytać nie wiedzieć czemu
od środka cudzą książkę, aż reszta roku, wolno
stąpając jak owczarek, co uciekł niewidomemu,
przekroczy asfalt w miejscu dozwolonym. Wolność
jest wtedy, gdy zapominasz pisowni nazwiska tyrana
a ślina w ustach smakuje słodziej, niż chałwy Persji,
i chociaż mózg skręcony masz, jak róg barana
nic nie kapie ci z oczu niebieskich.
Nie jesteś ptakiem, by móc stąd ulecieć:
w poszukiwaniach miłej cały przecież
zjechałeś wszechświat i nie masz gdzie skłonić
głowy, bo już brakuje dalszych stron i stronic.
Przezimujemy tutaj, za czarnej okładki płotem,
przenikanym z tej strony wzrokiem, a z zewnątrz - chłodem,
przezimujemy, piórem rozszczepiając niby siekierą
słowa, w sągi składając literę za literą.

Wszystko oblekło się w kościste ciało;
i nie chce mi się wstawać.
Nigdy się nie chciało.

Josif Brodski