Żeby być pisarzem, żeby pisać
Musisz mieć przeżycia, o których pisać będziesz.
Nie wystarczy po prostu żyć. mam swoją teorię
Na temat arcydzieł, jak je tworzyć
Bez większych zachodów, a są
Równie dobre jak inne. Ostatecznie
Można czerpać przeżycia ze snów.
To rodzaj gry, w której nikt nie przegrywa, a
Wygrać możesz - ty. Najpierw ból
Winien przeszyć opowieść, która
Wycofuje się i wikła. Jest to teraz
Opowieść bez autora. Tak przynajmniej sądzą
Zrazu, a opowieść jest wpierw
Architekturą a potem barwną historią.
Luźnym epizodem kiedy cegły
Murszeją pod patyna. I kończy się
Niczyja, nie zostawia nam nic
Prócz niepewnego dreptania wokół
Podstawowego pytania, co nas zbliża,
Na dobre i na złe, na wszystek czas.
z tomu A Wave, 1984.
John Ashbery
przełożył Jan Zieliński
Etykiety
ACHMADULINA
Achmatowa
Ajgi
ASHBERY
Auden
Barlow
Becher
BELLI
Blake
Blatný
Bobaljević
BOBES
BORGES
Brodski
BROWN
Bruchac
Bunić
Bunin
Burian
BUTTITTA
Campana
Carne
Channing
COHEN
Crijević
Csoóri
Csordás
CWIETAJEWA
Czarenc
Dickinson
Djurdjević
Dobrzyński
DOLCI
Dragojević
Držić
Dudek
Elmslie
Emerson
Fenton
Frenau
Gildner
GOETHE
GUZZI
Haavikko
Halas
HARJO
HEINE
Henson
Hidža
Jabès
Jarrell
Karoniaktatie (Alex A. Jacobs)
KENNY
Kocbek
Koch
Kovács
KUNDERA
Layton
Levertov
LOYNAZ
LUNETTA
Mach
MAGRELLI
Manner
Melville
Menčetić
Moore
MOREJÓN
Nowlan
O'Hara
Ondaatje
ORBÁN
Parker
Pawlikowska-Jasnorzewska
Pessoa
Piechal
PIZARNIK
Poe
PRATT
Queneau
RAINE
Ranjina
Ransom
REANEY
RICCHI
RIOS
RODRIGUEZ
Sandburg
Sarajlić
Schuyler
Senghor
Silva
Slamnig
Słowacki
Souster
STADLER
Stein
Stevens
Swanson
Szałamow
Tadijanović
Tardieu
Taylor
Thoerau
VALDÉS
VERLAINE
Very
Weiner
Wernisch
Whittler
Wylie
WYSOCKI
Yañez
Závada
Zlatarić
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ASHBERY. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ASHBERY. Pokaż wszystkie posty
AUTOPORTRET W WYPUKŁYM LUSTRZE (fragment)
Jak u Parmigianina, prawa ręka
Większa niż głowa, wypchnięta na patrzącego
I miękko odchylona, jakby chciała osłonić
To, co zapowiada. Okno w ramkach z ołowiu, stare belki stropu,
Futro, marszczony muślin, pierścionek z koralem stopiony
Z gestem dającym wsparcie twarzy, która
Napływa i cofa się jak ręka,
Tyle że nie udziela się. Skazano ją na
Odosobnienie. Vasari mówi: "Któregoś dnia Francesco zaczął
Malować własny portret, przeglądając się tym celu
W wypukłym lustrze, jakich używają golarze...
Zlecił zatem cieśli utoczyć kulę z drewna, i
Podzieliwszy ją na dwoje, doprowadziwszy do rozmiarów lustra, jął
Z wielkim kunsztem kopiować wszystko, co ujrzał w zwierciadle",
Zwłaszcza swoje odbicie, którego portret
Jest odbiciem kolejnym.
Zwierciadło postanowiło odbić tylko to, co ujrzał,
Co jego celom wystarczało: podobiznę
Szklistą, pokrytą balsamem, pod kątem 180 stopni.
Pora dnia, czy może gęstość światła
Które lgnie do twarzy sprawia, że twarz jest
Ciągle żywa i nienaruszona w cyklicznej fali
Swych powrotów. Dusza instaluje się sama.
Lecz jak daleko może odpłynąć przez te oczy
A mimo to bezpiecznie wrócić do swego gniazda?
Powierzchnia
Lustra jest wypukła, więc dystans znacznie
Rośnie; to znaczy rośnie dość, aby wykazać
Że dusza jest niewolnicą, traktowaną po ludzku, trzymaną
W stanie zawieszenia, niezdolną się wysunąć dalej
Niż do miejsca, skąd twój wzrok rozcina obraz.
Na jego widok papież Klemens i cały dwór
"Zgłupieli", jak mówi Vesari, i obiecali cos zamówić,
Co nigdy nie doszło do skutku. Dusza powinna zostać tam gdzie jest,
Choć trawi ją niepokój, gdy słyszy deszcz na szybie,
Westchnienia jesiennych liści, które młóci wiatr,
I chciałaby być wolna, wydostać się, lecz musi dalej
Pozować ze swojego miejsca. Powinna się poruszać
Możliwie jak najmniej. Tak mówi portret.
Ale w tym wzroku jest jakieś połączenie
Czułości, rozbawienia, żalu, na tyle w swej powściągliwości
Silnych, że patrzeć długo nie można.
Tajemnica jest nazbyt jawna. Jej boleść bije w oczy,
Wyciska strumień łez: bo dusza nie jest duszą,
Nie ma tajemnic, jest mała, i doskonale
Mieści się w dziupli: swym pomieszczeniu, w chwili naszej uwagi.
Oto melodia, ale brak jej słów.
Słowa to tylko spekulacja
(od łacińskiego speculum, lustro):
Szukają, lecz nie potrafią znaleźć znaczenia muzyki.
Widzimy tylko pozy snu,
Pasażerowie kołysania, które
Ujawnia nam tę twarz pod niebem przedwieczoru, bez
Sztucznego nieporządku na dowód autentyzmu.
Lecz jest to życie w kuli.
Chciałoby się wysunąć rękę
Poza kulę, ale jej kształt,
I to, co ją unosi, nie pozwala.
Na pewno właśnie dlatego, a nie przez odruch
Żeby coś ukryć, ręka przytłacza swą wielkością
Gdy cofa się nieznacznie. Nie sposób tak ją
Skonstruować, ażeby była płaska jak fragment muru:
Musi się włączyć do okręgu,
Wrócić do ciała, którego się wydaje
Tak niewiarygodną częścią, odgrodzić i ochronić twarz
Na której trudy tych okoliczności przypominają
Cień uśmiechu, iskierkę
Albo gwiazdę, już nie wiadomo, czy widzianą
Z chwilą gdy wraca ciemność. Przewrotne światło
Co pragnie być subtelne, z góry wyklucza myśl o
Oświetlaniu: rzecz błaha, ale zamierzona.
Francesco, twoja ręka jest wystarczająco wielka
Żeby rozsadzić sfery i nazbyt, można by
Pomyśleć, wielka, żeby zaplatać delikatną sieć
Co świadczy tylko za ich dalszym trwaniem.
(Wielka, lecz nie prostacka, tyle że w innej skali,
Niby wieloryb drzemiący na dnie morza
Naprzeciw maleńkiego, dumnego statku
Na powierzchni.) lecz twoje oczy głoszą
Że wszystko jest powierzchnią: powierzchnią to, co widać,
A nic nie może istnieć, poza tym, co widać.
W pokoju nie ma kątów, tylko alkowy,
I okno też niewiele znaczy, i tamten
Skrawek okna czy może lustra z prawej, nawet
Jako wskaźnik pogody, co po francusku określana jest
Słowem le tamps, oznaczającym czas, i która
Podąża drogą, gdzie zmiany to jedynie
Znak całości. całość jest trwała w ramach
Nietrwałości, to kula jak nasza, spoczywająca
Na piedestale z próżni, piłeczka pingpongowa
Unoszona pewnie przez swój strumień wody.
I tak jak nie ma słów, żeby określić powierzchnię, to znaczy
Słów, co powiedziałyby, czym jest naprawdę, ze nie jest
Czymś zewnętrznym, ale widzialnym sednem, tak samo nie ma
Wyjścia z problemu współodczuwanie contra doświadczenie.
Ty pozostaniesz, rozhuśtany, pogodny
W swym geście ni to obejmowania, ni przestrogi,
ale zawierającym coś z obydwu w czystej
Afirmacji, która nie afirmuje nic.
z tomu Self-Oortrait in Convex Mirror, 1975.
John Ashbery
przełożył Piotr Sommer
Większa niż głowa, wypchnięta na patrzącego
I miękko odchylona, jakby chciała osłonić
To, co zapowiada. Okno w ramkach z ołowiu, stare belki stropu,
Futro, marszczony muślin, pierścionek z koralem stopiony
Z gestem dającym wsparcie twarzy, która
Napływa i cofa się jak ręka,
Tyle że nie udziela się. Skazano ją na
Odosobnienie. Vasari mówi: "Któregoś dnia Francesco zaczął
Malować własny portret, przeglądając się tym celu
W wypukłym lustrze, jakich używają golarze...
Zlecił zatem cieśli utoczyć kulę z drewna, i
Podzieliwszy ją na dwoje, doprowadziwszy do rozmiarów lustra, jął
Z wielkim kunsztem kopiować wszystko, co ujrzał w zwierciadle",
Zwłaszcza swoje odbicie, którego portret
Jest odbiciem kolejnym.
Zwierciadło postanowiło odbić tylko to, co ujrzał,
Co jego celom wystarczało: podobiznę
Szklistą, pokrytą balsamem, pod kątem 180 stopni.
Pora dnia, czy może gęstość światła
Które lgnie do twarzy sprawia, że twarz jest
Ciągle żywa i nienaruszona w cyklicznej fali
Swych powrotów. Dusza instaluje się sama.
Lecz jak daleko może odpłynąć przez te oczy
A mimo to bezpiecznie wrócić do swego gniazda?
Powierzchnia
Lustra jest wypukła, więc dystans znacznie
Rośnie; to znaczy rośnie dość, aby wykazać
Że dusza jest niewolnicą, traktowaną po ludzku, trzymaną
W stanie zawieszenia, niezdolną się wysunąć dalej
Niż do miejsca, skąd twój wzrok rozcina obraz.
Na jego widok papież Klemens i cały dwór
"Zgłupieli", jak mówi Vesari, i obiecali cos zamówić,
Co nigdy nie doszło do skutku. Dusza powinna zostać tam gdzie jest,
Choć trawi ją niepokój, gdy słyszy deszcz na szybie,
Westchnienia jesiennych liści, które młóci wiatr,
I chciałaby być wolna, wydostać się, lecz musi dalej
Pozować ze swojego miejsca. Powinna się poruszać
Możliwie jak najmniej. Tak mówi portret.
Ale w tym wzroku jest jakieś połączenie
Czułości, rozbawienia, żalu, na tyle w swej powściągliwości
Silnych, że patrzeć długo nie można.
Tajemnica jest nazbyt jawna. Jej boleść bije w oczy,
Wyciska strumień łez: bo dusza nie jest duszą,
Nie ma tajemnic, jest mała, i doskonale
Mieści się w dziupli: swym pomieszczeniu, w chwili naszej uwagi.
Oto melodia, ale brak jej słów.
Słowa to tylko spekulacja
(od łacińskiego speculum, lustro):
Szukają, lecz nie potrafią znaleźć znaczenia muzyki.
Widzimy tylko pozy snu,
Pasażerowie kołysania, które
Ujawnia nam tę twarz pod niebem przedwieczoru, bez
Sztucznego nieporządku na dowód autentyzmu.
Lecz jest to życie w kuli.
Chciałoby się wysunąć rękę
Poza kulę, ale jej kształt,
I to, co ją unosi, nie pozwala.
Na pewno właśnie dlatego, a nie przez odruch
Żeby coś ukryć, ręka przytłacza swą wielkością
Gdy cofa się nieznacznie. Nie sposób tak ją
Skonstruować, ażeby była płaska jak fragment muru:
Musi się włączyć do okręgu,
Wrócić do ciała, którego się wydaje
Tak niewiarygodną częścią, odgrodzić i ochronić twarz
Na której trudy tych okoliczności przypominają
Cień uśmiechu, iskierkę
Albo gwiazdę, już nie wiadomo, czy widzianą
Z chwilą gdy wraca ciemność. Przewrotne światło
Co pragnie być subtelne, z góry wyklucza myśl o
Oświetlaniu: rzecz błaha, ale zamierzona.
Francesco, twoja ręka jest wystarczająco wielka
Żeby rozsadzić sfery i nazbyt, można by
Pomyśleć, wielka, żeby zaplatać delikatną sieć
Co świadczy tylko za ich dalszym trwaniem.
(Wielka, lecz nie prostacka, tyle że w innej skali,
Niby wieloryb drzemiący na dnie morza
Naprzeciw maleńkiego, dumnego statku
Na powierzchni.) lecz twoje oczy głoszą
Że wszystko jest powierzchnią: powierzchnią to, co widać,
A nic nie może istnieć, poza tym, co widać.
W pokoju nie ma kątów, tylko alkowy,
I okno też niewiele znaczy, i tamten
Skrawek okna czy może lustra z prawej, nawet
Jako wskaźnik pogody, co po francusku określana jest
Słowem le tamps, oznaczającym czas, i która
Podąża drogą, gdzie zmiany to jedynie
Znak całości. całość jest trwała w ramach
Nietrwałości, to kula jak nasza, spoczywająca
Na piedestale z próżni, piłeczka pingpongowa
Unoszona pewnie przez swój strumień wody.
I tak jak nie ma słów, żeby określić powierzchnię, to znaczy
Słów, co powiedziałyby, czym jest naprawdę, ze nie jest
Czymś zewnętrznym, ale widzialnym sednem, tak samo nie ma
Wyjścia z problemu współodczuwanie contra doświadczenie.
Ty pozostaniesz, rozhuśtany, pogodny
W swym geście ni to obejmowania, ni przestrogi,
ale zawierającym coś z obydwu w czystej
Afirmacji, która nie afirmuje nic.
z tomu Self-Oortrait in Convex Mirror, 1975.
John Ashbery
przełożył Piotr Sommer
Parmigianino. Autoportret w wypukłym lustrze (1523-1524).
NAD ZATOPIONYM KANAŁEM
Który krem? Półmisek niezbyt czystego śniegu
Albo biszkopt w winie z kremem i krwistym dżemem i niesforne
Żółte paskudztwo ściekające urwistymi stokami
W dwuznaczność, dwuznaczna rzecz. Czy w ogóle chcesz
Abym przyszedł do domu.
Potem spotkałem twego ojca.
Wcześnie, przez prawie rok nic nie pisałem.
Niestety, nie był zbyt atrakcyjny,
Poślubił kobietę o dziwnym imieniu Lael.
Wszystko to bardzo mnie zaskoczyło, było jak uderzenie
Książką w głowę. Tak widzę to teraz z dystansu.
Potem wszystkie myśli uciekły mi z głowy,
I uleciały z wiatrem. Nie miałem już jego
Żeby o nim myśleć, siebie też nie miałem.
Wszystko to były notatki do książki, której nikt
Nigdy nie przeczyta. Butelka z listem wyrzucona
Na brzeg, i nikt jej nie widzi, nikt jej nie podnosi.
A potem pewnego dnia było wietrznie
I mglisto, a ja nienawidzę połączenia wiatru i mgły,
Poza tym było chłodniej, niż wyglądało. Możliwe
Że słońce wyszło i stało tuż nad naszymi głowami.
Niedobry dzień na suszenie. I rozwiesiłem pranie
Na sznurze, kompletnie czarne i białe
I nowina zapodziała się gdzieś w środku. Moja nowina.
Czy wciąż przychodzisz tu z zamiarem zabicia
Czegoś, nie, niczego nie knujesz.
A ja kręcę, układam figury
W kartonowej szufladzie. Nie ma dwu jednakowych, i tak jest dobrze.
Kotek na schodach usłyszał to
Kiedyś, nieufny, a ja idę
Na wyprzedaż, i kupuję tylko to, co nam trzeba.
Starzy mężczyźni są nie do zdarcia.
A ja mylę to z nimi, to całkiem tak
Jak spotkać kogoś, kiedy się jest topolą
Stojącą w rzędzie topól i wikłać się
We własne myśli i towarzystwo dwu sąsiadek, tylko mówię
Że nie chciałem, żeby tak było
Ale ponieważ się stało, cieszę się i dalej będę pracował,
Dążył do twojego sukcesu. Nie oczekuję podzięki
I dobrze się czuję w tej niewielkiej wyznaczonej mi roli,
Naprawdę. Chyba przejdę się do garażu.
"Times Literary Supplement", 27 kwietnia 1984.
John Ashbery
przełożył Andrzej Szuba
Albo biszkopt w winie z kremem i krwistym dżemem i niesforne
Żółte paskudztwo ściekające urwistymi stokami
W dwuznaczność, dwuznaczna rzecz. Czy w ogóle chcesz
Abym przyszedł do domu.
Potem spotkałem twego ojca.
Wcześnie, przez prawie rok nic nie pisałem.
Niestety, nie był zbyt atrakcyjny,
Poślubił kobietę o dziwnym imieniu Lael.
Wszystko to bardzo mnie zaskoczyło, było jak uderzenie
Książką w głowę. Tak widzę to teraz z dystansu.
Potem wszystkie myśli uciekły mi z głowy,
I uleciały z wiatrem. Nie miałem już jego
Żeby o nim myśleć, siebie też nie miałem.
Wszystko to były notatki do książki, której nikt
Nigdy nie przeczyta. Butelka z listem wyrzucona
Na brzeg, i nikt jej nie widzi, nikt jej nie podnosi.
A potem pewnego dnia było wietrznie
I mglisto, a ja nienawidzę połączenia wiatru i mgły,
Poza tym było chłodniej, niż wyglądało. Możliwe
Że słońce wyszło i stało tuż nad naszymi głowami.
Niedobry dzień na suszenie. I rozwiesiłem pranie
Na sznurze, kompletnie czarne i białe
I nowina zapodziała się gdzieś w środku. Moja nowina.
Czy wciąż przychodzisz tu z zamiarem zabicia
Czegoś, nie, niczego nie knujesz.
A ja kręcę, układam figury
W kartonowej szufladzie. Nie ma dwu jednakowych, i tak jest dobrze.
Kotek na schodach usłyszał to
Kiedyś, nieufny, a ja idę
Na wyprzedaż, i kupuję tylko to, co nam trzeba.
Starzy mężczyźni są nie do zdarcia.
A ja mylę to z nimi, to całkiem tak
Jak spotkać kogoś, kiedy się jest topolą
Stojącą w rzędzie topól i wikłać się
We własne myśli i towarzystwo dwu sąsiadek, tylko mówię
Że nie chciałem, żeby tak było
Ale ponieważ się stało, cieszę się i dalej będę pracował,
Dążył do twojego sukcesu. Nie oczekuję podzięki
I dobrze się czuję w tej niewielkiej wyznaczonej mi roli,
Naprawdę. Chyba przejdę się do garażu.
"Times Literary Supplement", 27 kwietnia 1984.
John Ashbery
przełożył Andrzej Szuba
KSIĄŻKA DLA KAŻDEGO
... nawet wróbel znalazł swój dom
i jaskółka gniazdo swoje...
Psalm 84
W tych oddalonych rejonach, gdzie wiemy coś,
O czym nie wiedzą wróble, a każdy dom
Jest dostrzegalnie ciut ładniejszy od reszty, ta "paczka"
Czeka gotowa do wystawienia. To przychodzi
Jak plik papirusowych, leniwych wyobrażeń
I utożsamień i trwa właśnie tak.
Zaczyna się ściemniać. Posyłasz kogoś
Po schodach w dół, żeby wypytał
O prawdziwy przebieg wydarzeń, a odpowiedź zawsze
Wraca unikiem chociaż uprzejmym: musisz tylko zejść niżej...
Ops, światło zgasło. To jest cieniutki jak papier
Lecz bardzo mocny wymiar zwyczajnej edukacji. A kiedy złodziej
Jest w pobliżu, gdzieś tam pośród mroku, ona też jest przydatna
Nie ma wolności i nie ma wolności od wolności.
Jedyne, co możesz, to wziąć do ręki książkę, popieścić
I otworzyć na mojej twarzy. Wiedziałeś o tym.
z tomu Shadow Train, 1981.
John Ashbery
przełożył Bohdan Zadura
PIOSENKI BEZ SŁÓW
Tak, doszliśmy tamtego roku do wybrzeża
I czekaliśmy aż się zdarzy, co miało się zdarzyć,
Jak to z góry rozstrzygnął system mocą własnej inwencji.
Jego ludzie byli tam tylko do dekoracji,
Jak znaki rozmieszczone na pięciolinii. Co z nich wyszło
zależało od umiejętności czytania nut i dosłyszenia
czegoś więcej w nocy poza nimi. To nam dało
Pewnego rodzaju zarzut. I strażnicy tak długo sie modlili
Zanim jeszcze różanoplaca jutrzenka zaczęła bratać się
Z horyzontem, że was to zdumiało, a jednak
Stworzyło dogodny most, do przejścia od światła gwiazd
Do dziennego królestwa. Nie sądzę, by wyglądało to inaczej,
Gdyby nie było tam okrętów, w szyku, prężących swe muskuły,
Gotowych zabrać nas tam, gdzie się im spodoba i gdyby ten kraj
Został zrehabilitowany, a syreny, la la, przestały śpiewać
I skasowały naszą topniejącą osłonę przed słońcem.
John Ashbery
przełożył Bohdan Zadura
I czekaliśmy aż się zdarzy, co miało się zdarzyć,
Jak to z góry rozstrzygnął system mocą własnej inwencji.
Jego ludzie byli tam tylko do dekoracji,
Jak znaki rozmieszczone na pięciolinii. Co z nich wyszło
zależało od umiejętności czytania nut i dosłyszenia
czegoś więcej w nocy poza nimi. To nam dało
Pewnego rodzaju zarzut. I strażnicy tak długo sie modlili
Zanim jeszcze różanoplaca jutrzenka zaczęła bratać się
Z horyzontem, że was to zdumiało, a jednak
Stworzyło dogodny most, do przejścia od światła gwiazd
Do dziennego królestwa. Nie sądzę, by wyglądało to inaczej,
Gdyby nie było tam okrętów, w szyku, prężących swe muskuły,
Gotowych zabrać nas tam, gdzie się im spodoba i gdyby ten kraj
Został zrehabilitowany, a syreny, la la, przestały śpiewać
I skasowały naszą topniejącą osłonę przed słońcem.
John Ashbery
przełożył Bohdan Zadura
NAPISANE PO CIEMKU
Opowiadać to pięć, sześć, siedem razy dziennie,
Opowiadać to jak historyjkę do poduszki, której nie zna nikt,
Opowiadać jak czyjś przypadek, co zdarzył się przed chwilą,
Powiedzmy wczotaj po południu, tak niedawno, jakby
Wcale się nie zdarzył... To niektóre z wielu sposobów,
Których chwytała się nasza miłość aby być jak państwowa religia,
Jak polityczna mądrość. Tak mi żal, że te dwie ręce
W mocnym uścisku pomiędzy nami zwidły nas w swej konkretności,
Że potrzebujemy jakiegoś hasła, by przekształcić to wszystko w rzekę
Jesiennych chorągwi, w trzepot brązowych liści dębu, w powierzchnię
Napiętą i wścibską jak powierzchnia morza. Zostaliśmy w domu.
Piliśmy wino, żółte, potem fioletowe, barwy piołunu
Z głosu fal przelewających się po płaskiej plaży
Dalej niż kiedykolwiek przedtem, pozwalających sobie w imię wolności
Na coraz więcej. Lecz tak być nie powinno. Czy nie widzisz, że nawet tu mogą być
Wyjątki od tego, tego firmamentu, miłosierdzia, które jest domem?
John Ashbery
przełożył Bohdan Zadura
Opowiadać to jak historyjkę do poduszki, której nie zna nikt,
Opowiadać jak czyjś przypadek, co zdarzył się przed chwilą,
Powiedzmy wczotaj po południu, tak niedawno, jakby
Wcale się nie zdarzył... To niektóre z wielu sposobów,
Których chwytała się nasza miłość aby być jak państwowa religia,
Jak polityczna mądrość. Tak mi żal, że te dwie ręce
W mocnym uścisku pomiędzy nami zwidły nas w swej konkretności,
Że potrzebujemy jakiegoś hasła, by przekształcić to wszystko w rzekę
Jesiennych chorągwi, w trzepot brązowych liści dębu, w powierzchnię
Napiętą i wścibską jak powierzchnia morza. Zostaliśmy w domu.
Piliśmy wino, żółte, potem fioletowe, barwy piołunu
Z głosu fal przelewających się po płaskiej plaży
Dalej niż kiedykolwiek przedtem, pozwalających sobie w imię wolności
Na coraz więcej. Lecz tak być nie powinno. Czy nie widzisz, że nawet tu mogą być
Wyjątki od tego, tego firmamentu, miłosierdzia, które jest domem?
John Ashbery
przełożył Bohdan Zadura
ZBRODNIA W BIAŁYM KOŁNIERZYKU
Skoro to już zrobiłeś, powiedz w porządku, to tyle na tymczasem.
Jego wina nie była wielka, to było w afekcie, nie zasługiwało
Na karę śmierci, lecz jest inaczej, gdy rzecz się zdarza
W sąsiedztwie, na twoim progu; kąpiące światło pieściło subtelnie
Naszywki na jego butach i getry; wszystko co miał,
Jak to się mówi, z dnia na dzień wyrzucono na ulicę.
Tyle na temat mody. Księżyc postanawia
Że będzie z nami przez chwilę, aby podkreślić nastrój
Jednak na dłuższą metę zwyciężają poważne sprawy, takie jak
Która to godzina i co w związku z tym masz zamiar zrobić?
Radośnie wymyślając nazwy firm i miejsc, byłeś otoczony
Przez taką obfitość, a jednak jedynie słuszne będzie teraz
Wziąć się za pranie. T o b y ł c h ł o p a k. Tymaczasem program
Kończy się i wygląda na to, że było dość czasu i jeszcze więcej rzeczy
Żeby się ich uchwycić, i że w istocie są nadal, ci
Młodzi ludzie i słodkie ich imiona, jak gdyby nazbyt liczne.
John Ashbery
przełożył Bohdan Zadura
Jego wina nie była wielka, to było w afekcie, nie zasługiwało
Na karę śmierci, lecz jest inaczej, gdy rzecz się zdarza
W sąsiedztwie, na twoim progu; kąpiące światło pieściło subtelnie
Naszywki na jego butach i getry; wszystko co miał,
Jak to się mówi, z dnia na dzień wyrzucono na ulicę.
Tyle na temat mody. Księżyc postanawia
Że będzie z nami przez chwilę, aby podkreślić nastrój
Jednak na dłuższą metę zwyciężają poważne sprawy, takie jak
Która to godzina i co w związku z tym masz zamiar zrobić?
Radośnie wymyślając nazwy firm i miejsc, byłeś otoczony
Przez taką obfitość, a jednak jedynie słuszne będzie teraz
Wziąć się za pranie. T o b y ł c h ł o p a k. Tymaczasem program
Kończy się i wygląda na to, że było dość czasu i jeszcze więcej rzeczy
Żeby się ich uchwycić, i że w istocie są nadal, ci
Młodzi ludzie i słodkie ich imiona, jak gdyby nazbyt liczne.
John Ashbery
przełożył Bohdan Zadura
PARADOKSY I OKSYMORONY
Ten wiersz zajmuje się językiem na bardzo prostym poziomie.
Patrz, jak do Ciebie mówi. Wyglądasz przez okno
Lub udajesz niepokój. Masz go, ale i nie masz.
Tracisz go, on traci ciebie. Tracicie siebie nawzajem.
Wiersz jest smutny, bo chce być twój a nie może.
Czy to jest prosty poziom? To jest to i inne rzeczy,
Wciągnięcie ich systemu do gry. Gry?
No, właściwie tak, lecz uważam grę
Za głębszą, zewnętrzną sprawę, wyśniony wzorzec ról,
Jak przy podziale łaski w te długie sierpniowe dni
Bez dowodu. Z otwartym zakończeniem. I zanim się obejrzysz,
Gubi się w parze i trajkotaniu maszyn do pisania.
Jeszcze raz zagrano. Myślę, że istniejesz tylko,
Żeby prowokować mnie do grania, na twoim poziomie,
a wtedy ciebie nie ma tam
Juc zdążyłeś już przyjąć inną postawę. A wiersz
Ułożył mnie miękko przy tobie. Wiersz jest tobą.
John Ashbery
przełożyła Agata Preis-Smith
Patrz, jak do Ciebie mówi. Wyglądasz przez okno
Lub udajesz niepokój. Masz go, ale i nie masz.
Tracisz go, on traci ciebie. Tracicie siebie nawzajem.
Wiersz jest smutny, bo chce być twój a nie może.
Czy to jest prosty poziom? To jest to i inne rzeczy,
Wciągnięcie ich systemu do gry. Gry?
No, właściwie tak, lecz uważam grę
Za głębszą, zewnętrzną sprawę, wyśniony wzorzec ról,
Jak przy podziale łaski w te długie sierpniowe dni
Bez dowodu. Z otwartym zakończeniem. I zanim się obejrzysz,
Gubi się w parze i trajkotaniu maszyn do pisania.
Jeszcze raz zagrano. Myślę, że istniejesz tylko,
Żeby prowokować mnie do grania, na twoim poziomie,
a wtedy ciebie nie ma tam
Juc zdążyłeś już przyjąć inną postawę. A wiersz
Ułożył mnie miękko przy tobie. Wiersz jest tobą.
John Ashbery
przełożyła Agata Preis-Smith
PÓŹNE ECHO
Sam na sam z własnym obłędem i ukochanym kwiatkiem
Widzimy, że naprawdę nie ma już o czym pisać.
A raczej, że trzeba pisać o tych samych starych sprawach
W ten sam sposób, powtarzając w kółko to samo
Żeby miłość mogła trwać dalej i zmieniać się stopniowo.
Trzeba wiecznie na nowo badać ule i mrówki
I setki razy kłaść kolor dnia
I zmieniać go z lata na zimę
Aby zwolnił do tempa jakiejś prawdziwej
Sarabandy i tam przycupnął, żywy i nieruchomy.
Dopiero wtedy to chroniczne rozkojarzenie
Naszego życia będzie mogło owinąć się wokół nas,
udobruchanych
I z jednym okiem wlepionym w tamte długie cienie
z brązowego pluszu
Przemawiające tak głęboko do naszej nieprzygotowanej wiedzy
O nas samych, te gadatliwe maszyny swego czasu
z tomu As We Know, 1979.
John Ashbery
przełożył Piotr Sommer
Widzimy, że naprawdę nie ma już o czym pisać.
A raczej, że trzeba pisać o tych samych starych sprawach
W ten sam sposób, powtarzając w kółko to samo
Żeby miłość mogła trwać dalej i zmieniać się stopniowo.
Trzeba wiecznie na nowo badać ule i mrówki
I setki razy kłaść kolor dnia
I zmieniać go z lata na zimę
Aby zwolnił do tempa jakiejś prawdziwej
Sarabandy i tam przycupnął, żywy i nieruchomy.
Dopiero wtedy to chroniczne rozkojarzenie
Naszego życia będzie mogło owinąć się wokół nas,
udobruchanych
I z jednym okiem wlepionym w tamte długie cienie
z brązowego pluszu
Przemawiające tak głęboko do naszej nieprzygotowanej wiedzy
O nas samych, te gadatliwe maszyny swego czasu
z tomu As We Know, 1979.
John Ashbery
przełożył Piotr Sommer
TA JEDNA RZECZ, KTÓRA MOŻE ZBAWIĆ AMERYKĘ
Czy jest coś centralnego?
Rozrzucone po ziemi sady,
Miejskie lasy, wiejskie plantacje, pagórki po kolana?
Czy centralne są nazwy miejsc?
Elm Grove, Adcock Corner, Story Book Farm?
Gdy się pospiesznie łączą na poziomie wzroku
Wdzierając się do oczu, które już mają dość
Dziękuję, już wystarczy.
A one nadchodzą jak krajobrazy stopione z ciemnością,
Podmokłe równiny, przerośnięte przedmieścia,
Obszary zadomowionej dumy, domowej obcości.
Są podwiązane do mojej wersji Ameryki
Ale sok jest gdzie indziej.
Dziś rano, kiedy po śniadaniu
Wyszedłem z twojego pokoju, przeszyty
Spojrzeniami od tyłu i od przodu, od tyłu w stronę światła,
Od przodu w stronę nieznajomego światła,
Czy wina była nasza, i czy to był
Materiał, budulec życia, lub też naszego życia
Któreśmy odmierzali, przeliczali?
Nastrój, co miał być szybko zapomniany
Wśród skrzyżowanych belek światła, w chłodnym miejskim cieniu
W ten ranek, co znów nas schwytał?
Wiem, że zbyt często splatam własne
Poodrywane percepcje rzeczy, tak jak przychodzą do mnie.
Prywatne są i będą zawsze.
Gdzie zatem te prywatne obroty zdarzeń
Co mają wybuchnąć później jak złociste kuranty
Puszczone ponad miastem z najwyższej wieży?
Te zdarzające mi się dziwne rzeczy, o których opowiadam ci
A ty natychmiast wiesz, co mam na myśli?
Jakiż odległy sad odkryty przez kręte drogi
Je ukrywa? Gdzie te korzenie?
To guzy i przebyte próby
Powiedzą nam, czy będziemy sławni
I czy nasz los może świecić przykładem, jak gwiazda.
Reszta to niedoczekanie
Na list, co nigdy nie nadchodzi,
Dzień za dniem, to rozdrażnienie,
Aż w końcu go rozrywasz, nie patrząc co w nim jest,
A na tacy zostaje przedarta koperta.
Przesłanie było mądre i najwyraźniej
Podyktowane dawno temu.
Jego prawda jest ponadczasowa, lecz jego czas jeszcze
Nie nadszedł, aby powiedzieć o niebezpieczeństwie i tych zazwyczaj
Ograniczonych krokach, jakie by można przeciw niemu podjąć
Dziś i w przyszłości naszej, na chłodnych podwórkach,
W spokojnych małych domach w głębi kraju,
Naszego kraju, na ogrodzonych polach, w chłodnym cieniu ulic.
z tomu Self-Portrait in a Convex Mirror, 1975.
John Ashbery
przełożył Piotr Sommer
Rozrzucone po ziemi sady,
Miejskie lasy, wiejskie plantacje, pagórki po kolana?
Czy centralne są nazwy miejsc?
Elm Grove, Adcock Corner, Story Book Farm?
Gdy się pospiesznie łączą na poziomie wzroku
Wdzierając się do oczu, które już mają dość
Dziękuję, już wystarczy.
A one nadchodzą jak krajobrazy stopione z ciemnością,
Podmokłe równiny, przerośnięte przedmieścia,
Obszary zadomowionej dumy, domowej obcości.
Są podwiązane do mojej wersji Ameryki
Ale sok jest gdzie indziej.
Dziś rano, kiedy po śniadaniu
Wyszedłem z twojego pokoju, przeszyty
Spojrzeniami od tyłu i od przodu, od tyłu w stronę światła,
Od przodu w stronę nieznajomego światła,
Czy wina była nasza, i czy to był
Materiał, budulec życia, lub też naszego życia
Któreśmy odmierzali, przeliczali?
Nastrój, co miał być szybko zapomniany
Wśród skrzyżowanych belek światła, w chłodnym miejskim cieniu
W ten ranek, co znów nas schwytał?
Wiem, że zbyt często splatam własne
Poodrywane percepcje rzeczy, tak jak przychodzą do mnie.
Prywatne są i będą zawsze.
Gdzie zatem te prywatne obroty zdarzeń
Co mają wybuchnąć później jak złociste kuranty
Puszczone ponad miastem z najwyższej wieży?
Te zdarzające mi się dziwne rzeczy, o których opowiadam ci
A ty natychmiast wiesz, co mam na myśli?
Jakiż odległy sad odkryty przez kręte drogi
Je ukrywa? Gdzie te korzenie?
To guzy i przebyte próby
Powiedzą nam, czy będziemy sławni
I czy nasz los może świecić przykładem, jak gwiazda.
Reszta to niedoczekanie
Na list, co nigdy nie nadchodzi,
Dzień za dniem, to rozdrażnienie,
Aż w końcu go rozrywasz, nie patrząc co w nim jest,
A na tacy zostaje przedarta koperta.
Przesłanie było mądre i najwyraźniej
Podyktowane dawno temu.
Jego prawda jest ponadczasowa, lecz jego czas jeszcze
Nie nadszedł, aby powiedzieć o niebezpieczeństwie i tych zazwyczaj
Ograniczonych krokach, jakie by można przeciw niemu podjąć
Dziś i w przyszłości naszej, na chłodnych podwórkach,
W spokojnych małych domach w głębi kraju,
Naszego kraju, na ogrodzonych polach, w chłodnym cieniu ulic.
z tomu Self-Portrait in a Convex Mirror, 1975.
John Ashbery
przełożył Piotr Sommer
OLEUM MISERICORDIAE
Rozmazanie pozbawia go jadu
Podobnie jak cios przy przegrupowaniu
Całości od podstaw.
Tak właśnieśmy czekali
tak już nie czekamy.
Kiedy potem opowiadam ci o tym
Jest tak, jakby to się zdarzyło
Na bocznym torze mojej historii
Błagam cię słuchaj
Już słuchasz
To się wymknęło
I przy tym nas zamknęło przypadkiem
A tymczasem moja historia się toczy
Pierwszy rozdział
dobiega końca
Ale prawdziwa historia, ta
Której ponoć nigdy nie poznamy
Opływa w strzępach i skrawkach
Wszystkich, jak się zdaje
Szczęśliwie
Teraz wiemy na pewno:
To się zdarzyło przypadkiem,
Przypadkowe spotkanie
Karzeł przywiódł się do końca ulicy
I wskazał wymachując w obie strony
Zapomniałeś go nie docenić
Ale po serii interludiów
W pokojach umeblowanych (opisz tapety)
Przygodnych hotelikach (wspomnij o zlewie i karaluchach)
I po nocy spędzonej z piękną mężatką
Której mąż wyjechał w interesach do Centerville
(Wspomnij o tapetach: najczystsze róże
Choć herbaciane i o tym,
Jak jej uśmiech łagodzi ciężką próbę
Ostatnich pięciuset stron
Choć nie poznałeś jej nazwiska
Tylko imię: Dorothy
Zdobyłeś wodę życia
Uwolniłeś swoich niecnych braci, Casha i Jethro,
Którzy z miejsca ukradli wodę życia,
Odzyskałeś wodę, wróciłeś szczęśliwie do domu,
Uratowałeś życie staremu
I odziedziczyłeś królestwo.
To była chwila
Pod pogodnym słońcem.
W ubogich krajach
Nikt nie dotyka wody życia.
Która nie ma smaku
I choć orzeźwia bezgranicznie
Kubek też musi przeminąć
zanim każdy
Zyska korzyść, dużą czy małą
Znajdzie powód by iść
Tak daleko
Bez psa ni kobiety
Tak daleko sam, nieproszony.
John Ashbery
przełożył Jan Zieliński
Podobnie jak cios przy przegrupowaniu
Całości od podstaw.
Tak właśnieśmy czekali
tak już nie czekamy.
Kiedy potem opowiadam ci o tym
Jest tak, jakby to się zdarzyło
Na bocznym torze mojej historii
Błagam cię słuchaj
Już słuchasz
To się wymknęło
I przy tym nas zamknęło przypadkiem
A tymczasem moja historia się toczy
Pierwszy rozdział
dobiega końca
Ale prawdziwa historia, ta
Której ponoć nigdy nie poznamy
Opływa w strzępach i skrawkach
Wszystkich, jak się zdaje
Szczęśliwie
Teraz wiemy na pewno:
To się zdarzyło przypadkiem,
Przypadkowe spotkanie
Karzeł przywiódł się do końca ulicy
I wskazał wymachując w obie strony
Zapomniałeś go nie docenić
Ale po serii interludiów
W pokojach umeblowanych (opisz tapety)
Przygodnych hotelikach (wspomnij o zlewie i karaluchach)
I po nocy spędzonej z piękną mężatką
Której mąż wyjechał w interesach do Centerville
(Wspomnij o tapetach: najczystsze róże
Choć herbaciane i o tym,
Jak jej uśmiech łagodzi ciężką próbę
Ostatnich pięciuset stron
Choć nie poznałeś jej nazwiska
Tylko imię: Dorothy
Zdobyłeś wodę życia
Uwolniłeś swoich niecnych braci, Casha i Jethro,
Którzy z miejsca ukradli wodę życia,
Odzyskałeś wodę, wróciłeś szczęśliwie do domu,
Uratowałeś życie staremu
I odziedziczyłeś królestwo.
To była chwila
Pod pogodnym słońcem.
W ubogich krajach
Nikt nie dotyka wody życia.
Która nie ma smaku
I choć orzeźwia bezgranicznie
Kubek też musi przeminąć
zanim każdy
Zyska korzyść, dużą czy małą
Znajdzie powód by iść
Tak daleko
Bez psa ni kobiety
Tak daleko sam, nieproszony.
John Ashbery
przełożył Jan Zieliński
MIEJSKIE POPOŁUDNIE
Lekka mgiełka chroni to
Zamierzchłe popołudnie zapomniane przez wszystkich
Co na tym zdjęciu, większość z nich dziś
Wyssana do utraty tchu przez starość i śmierć.
Gdyby można uchwycić Amerykę
A przynajmniej słodkie zapomnienie
Co sączy się w nasz kontur
Określając nasze rozmiary plamą
Która też przemija
Ale upamiętnia
Bo, w końcu, określa:
Blade baldachimy, ich troje
Czeka aż zmienią się światła,
Jednemu wiatr nastroszył włosy
Na odwrót odbite w kałuży.
John Ashbery
przełożył Jan Zieliński
Zamierzchłe popołudnie zapomniane przez wszystkich
Co na tym zdjęciu, większość z nich dziś
Wyssana do utraty tchu przez starość i śmierć.
Gdyby można uchwycić Amerykę
A przynajmniej słodkie zapomnienie
Co sączy się w nasz kontur
Określając nasze rozmiary plamą
Która też przemija
Ale upamiętnia
Bo, w końcu, określa:
Blade baldachimy, ich troje
Czeka aż zmienią się światła,
Jednemu wiatr nastroszył włosy
Na odwrót odbite w kałuży.
John Ashbery
przełożył Jan Zieliński
BREZENT
Ulżyć mu
W krótkich spazmach
Przed pustką późnego popołudnia
To próba siły woli
Odwrzasnąć otrzymaną wizję
Z tysiąca czynszowych okien
Przed zapadnięciem nocy
Gdy sygnał zamiera
John Ashbery
przełożył Jan Zieliński
W krótkich spazmach
Przed pustką późnego popołudnia
To próba siły woli
Odwrzasnąć otrzymaną wizję
Z tysiąca czynszowych okien
Przed zapadnięciem nocy
Gdy sygnał zamiera
John Ashbery
przełożył Jan Zieliński
NAGROBEK STUARTA MERRILLA
Jest pierwszy soir marca
Usunięto wszystkie rośliny.
Martha Hoople chciała wielką hortensję "gnossienne"
Żeby jej pachniała jak Jicky podczas
Gry w karty; suterena
Nie mogła znieść tej dzikości.
Znikły ptifurki.
Potem wstał i przemówił Burmistrz:
Nowy konserwatyzm
Zasiada pośród was.
Kiedy autobus przemknął przez Place Pereire
Uchwyciłem odbicie w wieczku obiektywu: krzak bzu
Nie był gorszy.
Skądinąd dlaczegoś w Paryżu
Lekceważył moje ulubione remedia.
Poleciłem ci kiedyś paliatyw na hemoroidy
Nie spróbowałeś, aniś przyznał, że masz lepszy.
Teraz żyjemy, a raczej
Radzimy sobie bez siebie. Każdy z nas
Żyje w obrębie zagadki
Której nie nazywamy życiem
Zamkniętej wraz i otwartej.
Czy wiedza może krzywdzić?
A kto mandatariuszem? Chyba
Zdam się na łaskę sądu.
Znów wnoszą rośliny
Jedną po drugiej
W szpary między niebem, ziemią a dzisiaj.
"Pociąga mnie pański styl. W Pańskiej twórczości
panuje atmosfera całkowitej wolności ekspresji i wyobraźni,
interesująca i zagadkowa. Kiedy czytam któryś z pańskich
wierszy, zawsze kusi mnie, żeby przeczytać ponownie i jeszcze raz.
Być może mój brak doświadczenia nie pozwala mi w pełni uchwycić jego sensu.
Doprawdy chciałbym wiedzieć, w jaki sposób >>magnetyzuje<< Pan swoją poezję, do której zaciekawiony, zazwyczaj nieco zbity z tropu czytelnik powraca w poszukiwaniu czystej wizji."
Padają kanony
Jeden po drugim
Nawet "le célèbre" Pachelbela
Ostatnia część sonaty Francka na fortepian i skrzypce.
A na przykład nowy rodzaj hermetycznego konserwatyzmu
Przy jednoczesnych objawach dezercji?
Na to zgoda ale
Co z przeszłością
Ta bowiem składa się jeno z fragmentów.
Co wieczór chodzimy oglądać
Jak posuwa się budowa świątyni.
Ciekawa rzecz patrzeć
Jak coś dodają do czegoś.
Przynajmniej nie tak okropne
Jak pobyt w szpitalu i na własnej skórze
Poznawanie, jak tam naprawdę jest.
Więc ma się ochotę pominąć tę stronę
We fragmencie naszej biografii
W chwili gdy jej sens zaczyna krzepnąć
W otaczającym nas powietrzu:
"Ojcze!" "Synu!" "Ojcze, myślałem, żeśmy Cię stracili
Na błękitnych i płowych równinach Egejów.
Okazuje się, że jednak wróciłeś."
"Tylko na chwilę, synu, tylko na chwilę."
Teraz możemy do środka wejść.
John Ashbery
przełożył Jan Zieliński
Stuart Fitzrandolph Merrill (urodzony 1 sierpnia 1863 w Hempstead, New York - zmarł 1 grudnia 1915 w Wersalu , Francja ) amerykański poeta, piszący głównie w języku francuskim. Należał do symbolistów. Jego najważniejsze dzieła: Les Gammes (1887), Les fastes (1891), a Petits poèmes d'Automne (1895).
Usunięto wszystkie rośliny.
Martha Hoople chciała wielką hortensję "gnossienne"
Żeby jej pachniała jak Jicky podczas
Gry w karty; suterena
Nie mogła znieść tej dzikości.
Znikły ptifurki.
Potem wstał i przemówił Burmistrz:
Nowy konserwatyzm
Zasiada pośród was.
Kiedy autobus przemknął przez Place Pereire
Uchwyciłem odbicie w wieczku obiektywu: krzak bzu
Nie był gorszy.
Skądinąd dlaczegoś w Paryżu
Lekceważył moje ulubione remedia.
Poleciłem ci kiedyś paliatyw na hemoroidy
Nie spróbowałeś, aniś przyznał, że masz lepszy.
Teraz żyjemy, a raczej
Radzimy sobie bez siebie. Każdy z nas
Żyje w obrębie zagadki
Której nie nazywamy życiem
Zamkniętej wraz i otwartej.
Czy wiedza może krzywdzić?
A kto mandatariuszem? Chyba
Zdam się na łaskę sądu.
Znów wnoszą rośliny
Jedną po drugiej
W szpary między niebem, ziemią a dzisiaj.
"Pociąga mnie pański styl. W Pańskiej twórczości
panuje atmosfera całkowitej wolności ekspresji i wyobraźni,
interesująca i zagadkowa. Kiedy czytam któryś z pańskich
wierszy, zawsze kusi mnie, żeby przeczytać ponownie i jeszcze raz.
Być może mój brak doświadczenia nie pozwala mi w pełni uchwycić jego sensu.
Doprawdy chciałbym wiedzieć, w jaki sposób >>magnetyzuje<< Pan swoją poezję, do której zaciekawiony, zazwyczaj nieco zbity z tropu czytelnik powraca w poszukiwaniu czystej wizji."
Padają kanony
Jeden po drugim
Nawet "le célèbre" Pachelbela
Ostatnia część sonaty Francka na fortepian i skrzypce.
A na przykład nowy rodzaj hermetycznego konserwatyzmu
Przy jednoczesnych objawach dezercji?
Na to zgoda ale
Co z przeszłością
Ta bowiem składa się jeno z fragmentów.
Co wieczór chodzimy oglądać
Jak posuwa się budowa świątyni.
Ciekawa rzecz patrzeć
Jak coś dodają do czegoś.
Przynajmniej nie tak okropne
Jak pobyt w szpitalu i na własnej skórze
Poznawanie, jak tam naprawdę jest.
Więc ma się ochotę pominąć tę stronę
We fragmencie naszej biografii
W chwili gdy jej sens zaczyna krzepnąć
W otaczającym nas powietrzu:
"Ojcze!" "Synu!" "Ojcze, myślałem, żeśmy Cię stracili
Na błękitnych i płowych równinach Egejów.
Okazuje się, że jednak wróciłeś."
"Tylko na chwilę, synu, tylko na chwilę."
Teraz możemy do środka wejść.
John Ashbery
przełożył Jan Zieliński
NA WSI III
Drobniutkie fale biją
O czarne kamienie. Żona czyta
List. Nic nie jest nieodwołalne:
Punkt dla ostatnich szeleszczących
W ataku wołowiny i perkalu.
Rychło oliwa
Wyparła ciemność
Wokół ciebie. Było tak
Jak powiadają, ale jednak nie bez oporów:
Tutaj ułamek, szczebiot tam, gdzie to nie gra roli.
Trzeba to oddać
Przez ostateczny rozziew: grusze-drzewa i kwiaty
Ostatnia żywiczna ściana
Wygrzewająca się w umiarkowanym klimacie
Twojej tożsamości. Posępna płodność
Którą się trzeba zajmować.
John Ashbery
przełożył Jan Zieliński
O czarne kamienie. Żona czyta
List. Nic nie jest nieodwołalne:
Punkt dla ostatnich szeleszczących
W ataku wołowiny i perkalu.
Rychło oliwa
Wyparła ciemność
Wokół ciebie. Było tak
Jak powiadają, ale jednak nie bez oporów:
Tutaj ułamek, szczebiot tam, gdzie to nie gra roli.
Trzeba to oddać
Przez ostateczny rozziew: grusze-drzewa i kwiaty
Ostatnia żywiczna ściana
Wygrzewająca się w umiarkowanym klimacie
Twojej tożsamości. Posępna płodność
Którą się trzeba zajmować.
John Ashbery
przełożył Jan Zieliński
NA WSI II
Myślałem
Teraz kiedy kwiaty zostały
zapomniane
Zupełnie nowa granica
Okala z tyłu starą zarastając
Dawne dobre pomysły
Przyorując także błędy
W blaszanym malsztromie: przeładowany
Prom z wolna wypływa z portu
Czy te z oślimi uszami
Chwosty jak je zwał
Te co siedzą jak nieprzeczytana poczta
Ku końcowi popołudnia
Te przyniesione przez listonosza
Chciałbym się zapisać
Na nowy kurs
W ośrodku badawczym
Zaskorupiałą kotwicę
Dziury to mroczne kleksy
Przeciągnięto przez drogę
Nie można już iść tędy zbyt daleko
Powiadają że dzieci dewastują
Wnętrze lasu
spalona pomarańcza
Że to wspaniały widok
Który wszakże
Nie wiedzie nas w otwarte morze
Tylko na środek rzeki
Drobiąc - którędy płynąć.
John Ashbery
przełożył Jan Zieliński
Teraz kiedy kwiaty zostały
zapomniane
Zupełnie nowa granica
Okala z tyłu starą zarastając
Dawne dobre pomysły
Przyorując także błędy
W blaszanym malsztromie: przeładowany
Prom z wolna wypływa z portu
Czy te z oślimi uszami
Chwosty jak je zwał
Te co siedzą jak nieprzeczytana poczta
Ku końcowi popołudnia
Te przyniesione przez listonosza
Chciałbym się zapisać
Na nowy kurs
W ośrodku badawczym
Zaskorupiałą kotwicę
Dziury to mroczne kleksy
Przeciągnięto przez drogę
Nie można już iść tędy zbyt daleko
Powiadają że dzieci dewastują
Wnętrze lasu
spalona pomarańcza
Że to wspaniały widok
Który wszakże
Nie wiedzie nas w otwarte morze
Tylko na środek rzeki
Drobiąc - którędy płynąć.
John Ashbery
przełożył Jan Zieliński
NA WSI
Przewlekłe oczekiwanie to także noc.
Zabawne, jak białe sztachety
Ciągną się rzędem, łagodna wymówka
Znikająca wraz ze zmierzchem dnia,
Choć pozostaje geometria,
Coś jakby nagość u kresu
Długiego odcinka. "To taka wielka różnica."
Dobrze. Podobnie "całkiem nie to samo"
Widziane przez odwrotny konie teleskopu
Podtrzymuje przegrodę.
Żyjąc z tą dziewczyną
Wpakowałeś się w kabałę.
Był burzliwy koniec czerwca
Krzątaniny, harmidry,
Aż wreszcie ustało.
I stoi, jak jej lekko uniesiona
Brew, albo zroszone liście
Rabarbaru czy malwy,
Także chwilowo pokonanej.
Nikt się nie śmieje ostatni.
John Ashbery
przełożył Jan Zieliński
Zabawne, jak białe sztachety
Ciągną się rzędem, łagodna wymówka
Znikająca wraz ze zmierzchem dnia,
Choć pozostaje geometria,
Coś jakby nagość u kresu
Długiego odcinka. "To taka wielka różnica."
Dobrze. Podobnie "całkiem nie to samo"
Widziane przez odwrotny konie teleskopu
Podtrzymuje przegrodę.
Żyjąc z tą dziewczyną
Wpakowałeś się w kabałę.
Był burzliwy koniec czerwca
Krzątaniny, harmidry,
Aż wreszcie ustało.
I stoi, jak jej lekko uniesiona
Brew, albo zroszone liście
Rabarbaru czy malwy,
Także chwilowo pokonanej.
Nikt się nie śmieje ostatni.
John Ashbery
przełożył Jan Zieliński
Fairfield Porter. Dziewczyna. 1965.
POEMAT W TRZECH CZĘŚCIACH
1. Miłość
"Kiedyś przeleciał mnie chłopak.
Uchylałem się od przyjęcia tego doświadczenia.
Teraz, po latach, myślę o nim
Bez emocji. Nie kusiło mnie, żeby powtórzyć
Anim się zarzekał. Może gdyby nadeszła okazja
Byłby następny raz, zresztą nie wiem,
Mam inne rzeczy na głowie,
Ważniejsze. Bo nieważne
Kto z kim sypia. Ważne są uczucia.
na ogół myślę o uczuciach, one wypełniają mi życie
Jak wiatr, jak spiętrzone chmury
Na niebie pełnym chmur, chmury na chmurach."
Bezimienne krzewy pokrywają pole
Które nie wyschło w zeszłym roku i
Nie wysycha w tym, coraz mniejsze
Jak fale u skraju jeziora,
Wzdychają cicho,
Jesteś pewien, że do tego zmierza
Ten czysty dzień, jego stałe światło?
Jest tyle innych zajęć:
Starczy wybrać jedno, ułamek jednego.
Gdzie indziej dni będą błękitne dla innych celów.
Trzeba myśleć o jednej rzeczy.
Niekoniecznie wiedząc, co to za rzecz.
Wszystkie rzeczy są namacalne, nie zna się żadnej.
Dzień praży, z czystym sumieniem.
Cienie, szmery, zarośla, karoserie.
Sumienie jest dla ciebie jak to, co znane,
Niepoznawalne daje się poznać.
Rzeczy znajome odległe się zdają.
2. Odwaga
W koszuli w diamentową kratę
Ruszać w drogę tym sposobem:
Rozlazły poranek
Niezbyt daleko od domu (dom
To skromne dwupokojowe mieszkanie,
Własność municypalna),
Przeciętnych odpadków podróży
Mniej niż się wydawało,
Zapach otwartego morza,
Prześwity, umyślne wyrwy.
To wszystko znów się przewija
Gdy czas na wieczorny moment obrotowy:
Tyleśmy mogli zrobić,
Tyleśmy zrobili.
Chwasty jak drapacze chmur na niebieskim firmamencie:
Czym to się skończy? Co się dzieje? Kim są ci ludzie?
Czy ja to ja, czy gadające drzewo?
3. Kocham morze
Nie ma cienia obietnicy ale jest
Zażyłość w tym, jak się zwęża zżółkły ląd.
Ta część z jakiś względów
Nie cieszy się popularnością: domy domagają się remontu,
Samochody na podwórku zbyt nowe.
Dookolne wały śnią w zapomnieniu.
A radosne, ciepłe łachy piachu
Tkwią pośród niesłychanych drzew.
Sen mi się mąci:
gdy zbudziłem się rano, zauważyłem wpierw
Że ciebie nie ma, a potem powoli
Znów wbiłem się w sen:
Te pociągi, ludzie, plaże, konne przejażdżki
Szczęśliwe, bo w mnogości swej
Przeżyły się, choć trwają wciąż, gdzieś na uboczu,
Na odległym podwórku, niby, niby.
Bluszcz osłania całą ścianę.
Czas ciemnieje, wnika
Z szybkich względów we wszystko, o co go się tyczy
Mogliby znowu razem spać, ale to
Nie powróci zysku groźnych snów o morzu,
Tego łomotu, ślepoty, tej krwi
Co się kojarzy z innym pobytem blisko morza
Choć ten trwa, niczym ślepota południa.
John Ashbery
przełożył Jan Zieliński
"Kiedyś przeleciał mnie chłopak.
Uchylałem się od przyjęcia tego doświadczenia.
Teraz, po latach, myślę o nim
Bez emocji. Nie kusiło mnie, żeby powtórzyć
Anim się zarzekał. Może gdyby nadeszła okazja
Byłby następny raz, zresztą nie wiem,
Mam inne rzeczy na głowie,
Ważniejsze. Bo nieważne
Kto z kim sypia. Ważne są uczucia.
na ogół myślę o uczuciach, one wypełniają mi życie
Jak wiatr, jak spiętrzone chmury
Na niebie pełnym chmur, chmury na chmurach."
Bezimienne krzewy pokrywają pole
Które nie wyschło w zeszłym roku i
Nie wysycha w tym, coraz mniejsze
Jak fale u skraju jeziora,
Wzdychają cicho,
Jesteś pewien, że do tego zmierza
Ten czysty dzień, jego stałe światło?
Jest tyle innych zajęć:
Starczy wybrać jedno, ułamek jednego.
Gdzie indziej dni będą błękitne dla innych celów.
Trzeba myśleć o jednej rzeczy.
Niekoniecznie wiedząc, co to za rzecz.
Wszystkie rzeczy są namacalne, nie zna się żadnej.
Dzień praży, z czystym sumieniem.
Cienie, szmery, zarośla, karoserie.
Sumienie jest dla ciebie jak to, co znane,
Niepoznawalne daje się poznać.
Rzeczy znajome odległe się zdają.
2. Odwaga
W koszuli w diamentową kratę
Ruszać w drogę tym sposobem:
Rozlazły poranek
Niezbyt daleko od domu (dom
To skromne dwupokojowe mieszkanie,
Własność municypalna),
Przeciętnych odpadków podróży
Mniej niż się wydawało,
Zapach otwartego morza,
Prześwity, umyślne wyrwy.
To wszystko znów się przewija
Gdy czas na wieczorny moment obrotowy:
Tyleśmy mogli zrobić,
Tyleśmy zrobili.
Chwasty jak drapacze chmur na niebieskim firmamencie:
Czym to się skończy? Co się dzieje? Kim są ci ludzie?
Czy ja to ja, czy gadające drzewo?
3. Kocham morze
Nie ma cienia obietnicy ale jest
Zażyłość w tym, jak się zwęża zżółkły ląd.
Ta część z jakiś względów
Nie cieszy się popularnością: domy domagają się remontu,
Samochody na podwórku zbyt nowe.
Dookolne wały śnią w zapomnieniu.
A radosne, ciepłe łachy piachu
Tkwią pośród niesłychanych drzew.
Sen mi się mąci:
gdy zbudziłem się rano, zauważyłem wpierw
Że ciebie nie ma, a potem powoli
Znów wbiłem się w sen:
Te pociągi, ludzie, plaże, konne przejażdżki
Szczęśliwe, bo w mnogości swej
Przeżyły się, choć trwają wciąż, gdzieś na uboczu,
Na odległym podwórku, niby, niby.
Bluszcz osłania całą ścianę.
Czas ciemnieje, wnika
Z szybkich względów we wszystko, o co go się tyczy
Mogliby znowu razem spać, ale to
Nie powróci zysku groźnych snów o morzu,
Tego łomotu, ślepoty, tej krwi
Co się kojarzy z innym pobytem blisko morza
Choć ten trwa, niczym ślepota południa.
John Ashbery
przełożył Jan Zieliński
SYTUACJA SIĘ POGARSZA
Jak nawałnica - powiedział - splot kolorów
Spływa po mnie, ale nadaremno. Albo jak ktoś
Kto nie je nic na uczcie, bo nie umie wybrać
Jednej z parujących potraw. Ta obcięta dłoń
Zostaje do końca i mogę wędrować
Na wschód i na zachód, północ, południe, zawsze
Ktoś obcy idzie obok mnie. O sezony,
Stragany, chaleur, szarlatani w ciemnych kapeluszach
Na uboczu wiejskiej fety,
Nazwisko, które opuszczasz nie mówiąc, że jest moje, moje!
Kiedyś wystawię ci rachunek za to, że jestem
Przez ciebie do cna wyczerpany, na razie
Przejażdżka trwa. Wszyscy biorą w niej udział,
Chyba wszyscy. Zresztą, cóż można tu robić innego?
Doroczne igrzyska? Istotnie, na takie okazje
Są białe mundury i specjalny szyfr
Skrywany przed ludźmi. Starannie dzieli się
Limony. Wszystko to wiesz
A nie bardzo umiem sprawić, żeby nie bolało
Każdego dnia każdej godziny. Próbowałem się bawić,
Czytać długo w noc, jeździć pociągiem
I mieć romans.
Jakiś pan był u mnie, gdym wyszedł
I zostawił wiadomość: "Robisz to źle
Od początku do końca. Na szczęście jest jeszcze czas
By naprawić sytuację, ale musisz działać szybko.
Spotkajmy się przy najbliższej okazji. I proszę
Nie mów o tym nikomu. Nie tylko twoje życie od tego zawisło."
Zlekceważyłem to wówczas. Później
Oglądałem staromodne pledy, macałem
Sztywne kołnierzyki, wątpiąc czy jest jakiś sposób
Na to żeby przywrócić im biel. Żona
Myśli że jestem w Oslo - Oslo we Francji, znaczy się.
John Ashbery
przełożył Jan Zieliński
Spływa po mnie, ale nadaremno. Albo jak ktoś
Kto nie je nic na uczcie, bo nie umie wybrać
Jednej z parujących potraw. Ta obcięta dłoń
Zostaje do końca i mogę wędrować
Na wschód i na zachód, północ, południe, zawsze
Ktoś obcy idzie obok mnie. O sezony,
Stragany, chaleur, szarlatani w ciemnych kapeluszach
Na uboczu wiejskiej fety,
Nazwisko, które opuszczasz nie mówiąc, że jest moje, moje!
Kiedyś wystawię ci rachunek za to, że jestem
Przez ciebie do cna wyczerpany, na razie
Przejażdżka trwa. Wszyscy biorą w niej udział,
Chyba wszyscy. Zresztą, cóż można tu robić innego?
Doroczne igrzyska? Istotnie, na takie okazje
Są białe mundury i specjalny szyfr
Skrywany przed ludźmi. Starannie dzieli się
Limony. Wszystko to wiesz
A nie bardzo umiem sprawić, żeby nie bolało
Każdego dnia każdej godziny. Próbowałem się bawić,
Czytać długo w noc, jeździć pociągiem
I mieć romans.
Jakiś pan był u mnie, gdym wyszedł
I zostawił wiadomość: "Robisz to źle
Od początku do końca. Na szczęście jest jeszcze czas
By naprawić sytuację, ale musisz działać szybko.
Spotkajmy się przy najbliższej okazji. I proszę
Nie mów o tym nikomu. Nie tylko twoje życie od tego zawisło."
Zlekceważyłem to wówczas. Później
Oglądałem staromodne pledy, macałem
Sztywne kołnierzyki, wątpiąc czy jest jakiś sposób
Na to żeby przywrócić im biel. Żona
Myśli że jestem w Oslo - Oslo we Francji, znaczy się.
John Ashbery
przełożył Jan Zieliński
ŁYŻWIARZE (fragment)
Wiele można było powiedzieć na rzecz sztormów
Aleś jak gdyby je zarzucił na rzecz nieskończonego światła.
Nie powiem, żeby ta zmiana była według mnie czymś znacznie lepszym.
W tych letnich nocach, co ciągną się przez wieczność, jest coś
co budzi lęk...
Zbliżamy się, jak sądzę, do wybrzeży Maurów, w bateau.
Ciekawe, czy znajdę tam przyjaciół
Czy przyszłość łaskawsza będzie dla mnie niż na przykład przeszłość,
I cały jestem gotów dać się zaskoczyć i stwierdzić, że wcale nie.
A jednak, nastawiłem się na tę podróż i wszystko, co przyjdzie mi do głowy.
Nie to, że się nie boję, ale zostało bardzo mało czasu.
Robiłeś pewnie przygotowania do wyjazdu, i znasz uczucie.
Raptem, któregoś ranka, na stację wjeżdża niewielki pociąg,
lecz ach, jakże
Jest duży! O ileż większy i szybszy od tego, coś się mógł dowiedzieć.
Jakiś bogaty student w starej obwisłej jesionce czeka na niego, żeby wsiąść.
"Dlaczego chcesz jechać t a m - pytają wszyscy. - Lepiej
jest w drugim kierunku."
Bo rzeczywiście. Tam w każdym razie człowiek jest wolny.
A gdzie ty jedziesz, nikt.
A jednak są do odwiedzenia parki i biblioteki, "la Bibliothèque Municipale",
Hotele do rezerwacji i cały ten gnój. Stare amerykańskie
filmy z dubbingiem w obcym języku,
Kawa i whisky, niedopałki cygar. Nikomu to nie wadzi.
I deszcz na nastroszonej wełnie twego palta.
Rozumiem już, że nigdy nie wiedziałem, dlaczego chcę tu dojść.
Ale też nigdy nie powrócę do przeszłości, na tamten strych -
Choćby tamte żaglówki były piękniejsze od tych tutaj, o które się opieram,
Zdobnych w diamenty, pomarańcze i szkarłaty,
Raz jeszcze unoszących mnie w wyprawę po nieznane. Te żagle są dla mnie samym życiem.
Słyszałem kiedyś, jak dziewczyna powiedziała to, i zapłakała,
a ja naniosłem jej świeżych owoców, ryb,
Oliwek i wypieczonych złotych bochnów. Otarła oczy i podziękowała mi.
Teraz oboje odpływamy w ten szkarłatny wieczór.
Uwielbiam to! Nigdy dość długo nie będzie trwała ta przejażdżka.
Tymczasem znów - służbowe biurka, kaloryfery... Nie! To już poza mną.
I nigdy więcej nudy, tylko kino, miłość i śmiech, seks i zabawa.
Bileter dmie w swój mały róg - prędzej, zanim zatrzaśnie się okienko.
Pociąg, którym się mamy zabrać, dojeżdża aż do portu,
a statki tym razem naprawdę są statkami.
Lecz usłyszałem słowa niebios - Czy tak się godzi? To ustawiczne
przesiadanie się raz tu, raz tam?
Śmiech, łzy, no i tak dalej? Czy nie wystarczyłby mu jakiś zwykły smutek?
z tomu Rivers and Mountains, 1966.
John Ashbery
przełożył Piotr Sommer
Aleś jak gdyby je zarzucił na rzecz nieskończonego światła.
Nie powiem, żeby ta zmiana była według mnie czymś znacznie lepszym.
W tych letnich nocach, co ciągną się przez wieczność, jest coś
co budzi lęk...
Zbliżamy się, jak sądzę, do wybrzeży Maurów, w bateau.
Ciekawe, czy znajdę tam przyjaciół
Czy przyszłość łaskawsza będzie dla mnie niż na przykład przeszłość,
I cały jestem gotów dać się zaskoczyć i stwierdzić, że wcale nie.
A jednak, nastawiłem się na tę podróż i wszystko, co przyjdzie mi do głowy.
Nie to, że się nie boję, ale zostało bardzo mało czasu.
Robiłeś pewnie przygotowania do wyjazdu, i znasz uczucie.
Raptem, któregoś ranka, na stację wjeżdża niewielki pociąg,
lecz ach, jakże
Jest duży! O ileż większy i szybszy od tego, coś się mógł dowiedzieć.
Jakiś bogaty student w starej obwisłej jesionce czeka na niego, żeby wsiąść.
"Dlaczego chcesz jechać t a m - pytają wszyscy. - Lepiej
jest w drugim kierunku."
Bo rzeczywiście. Tam w każdym razie człowiek jest wolny.
A gdzie ty jedziesz, nikt.
A jednak są do odwiedzenia parki i biblioteki, "la Bibliothèque Municipale",
Hotele do rezerwacji i cały ten gnój. Stare amerykańskie
filmy z dubbingiem w obcym języku,
Kawa i whisky, niedopałki cygar. Nikomu to nie wadzi.
I deszcz na nastroszonej wełnie twego palta.
Rozumiem już, że nigdy nie wiedziałem, dlaczego chcę tu dojść.
Ale też nigdy nie powrócę do przeszłości, na tamten strych -
Choćby tamte żaglówki były piękniejsze od tych tutaj, o które się opieram,
Zdobnych w diamenty, pomarańcze i szkarłaty,
Raz jeszcze unoszących mnie w wyprawę po nieznane. Te żagle są dla mnie samym życiem.
Słyszałem kiedyś, jak dziewczyna powiedziała to, i zapłakała,
a ja naniosłem jej świeżych owoców, ryb,
Oliwek i wypieczonych złotych bochnów. Otarła oczy i podziękowała mi.
Teraz oboje odpływamy w ten szkarłatny wieczór.
Uwielbiam to! Nigdy dość długo nie będzie trwała ta przejażdżka.
Tymczasem znów - służbowe biurka, kaloryfery... Nie! To już poza mną.
I nigdy więcej nudy, tylko kino, miłość i śmiech, seks i zabawa.
Bileter dmie w swój mały róg - prędzej, zanim zatrzaśnie się okienko.
Pociąg, którym się mamy zabrać, dojeżdża aż do portu,
a statki tym razem naprawdę są statkami.
Lecz usłyszałem słowa niebios - Czy tak się godzi? To ustawiczne
przesiadanie się raz tu, raz tam?
Śmiech, łzy, no i tak dalej? Czy nie wystarczyłby mu jakiś zwykły smutek?
z tomu Rivers and Mountains, 1966.
John Ashbery
przełożył Piotr Sommer
Subskrybuj:
Posty (Atom)

